Ale to już było!

Ale to już było!

Analizy zlecono, przeprowadzono, odebrano – wyszło jak zawsze. Zanim ustalimy, ile czasu pracy sędziego wymaga załatwienie jakiejś sprawy, zastanówmy się, czy nie można najpierw tego czasu radykalnie skrócić.

„Odmierzyli jedną miarą nasz dzień.

Wyznaczyli czas na pracę i sen.

Nie zostało pominięte już nic.

Tylko jakoś wciąż nie wiemy jak żyć…”

śpiewał na początku lat osiemdziesiątych w Jarocinie zespół Turbo. Jednak prawdziwa mania odmierzania, wyznaczania i niepomijania miała dopiero nadejść. Kapitalistyczny kult efektywności miał napotkać socjalistyczne dążenie do wszechogarniającej kontroli wszystkiego przez wszystkich.

27 października 2016 r. powołano „Zespół do opracowania systemu mierzenia obciążenia pracą sędziów”. Przed gronem jedenastu sędziów delegowanych w rozmaitym charakterze do Ministerstwa Sprawiedliwości postawiono ambitne zadanie: „opracowanie koncepcji mierzenia obciążenia sędziów pracą poprzez kategoryzację spraw i przypisanie każdej kategorii ilości punktów adekwatnej do pracochłonności sprawy”. Polskie sądy mają wreszcie być zarządzanie ilościowo – jak niemieckie.

Istotnie, w ojczyźnie Goethego podobny system (zwany Personalbedarfsberechnungs-system, pieszczotliwie PEBB§Y ) funkcjonuje z powodzeniem (acz nie bez krytycyzmu) od wielu lat. Nie jest to zresztą wynalazek teutoński – jej pionierami byli Amerykanie (używający nazwy weighted caseload). Spory dorobek mają też Holendrzy.

Pomysł jest prosty: przypisać poszczególnym typom spraw orientacyjny (statystyczny, a więc prawdziwy w dużej próbie!) czas pracy, jakiego wymaga ich rozpoznanie. Liczba spraw do załatwienia, pomnożona przez ten orientacyjny czas (przez amerykanów zwany „wagą” sprawy – wyrażaną w godzinach), daje liczbę potrzebnych roboczogodzin pracy sędziów. Stąd już prosta droga do ustalenia, ilu stanowisk sędziowskich potrzebuje dany sąd.

Czy warto budować taki system w Polsce? Odpowiedź wymaga najpierw uzmysłowienia sobie, do czego taki system ma (a do czego kategorycznie nie ma) służyć.

MA on zracjonalizować ważny dla funkcjonowania sądów proces, zachodzący w samym resorcie – proces decydowania, ilu sędziów powinno orzekać w poszczególnych sądach. O tym, że z procesem tym jest problem, świadczy fakt jak wielka część niezałatwionych spraw kumuluje się w kilku tych samych przeciążonych sądach. Wprowadzenie metody opartej na „wagach” spraw pozwoli wskazać, jakiego wzmocnienia wymagają te sądy. Nie przez odniesienia do tak lubianych nad Wisłą średnich, a wprost – w liczbie brakujących stanowisk. Zatem powtórzmy jeszcze raz – tego rodzaju system ma poprawić racjonalność decyzji o liczbie sędziów orzekających w poszczególnych sądach (pionach, wydziałach).

NIE MA ON jednak nic wspólnego z pełnieniem urzędu przez konkretnego sędziego. I są po temu dobre powody – system jest przecież statystyczny – a to znaczy „prawdziwy w dużej próbie”! Jak to działa, ilustruje eksperyment z monetą. Statystycznie, szanse wyrzucenia orła i reszki są równe. Jeśli rzucimy monetą sto razy, uzyskamy podobną ilość orłów i reszek. Z powyższego nie wynika jednak, że kiedy rzucimy dwa razy, raz wypadnie orzeł a raz reszka. Identycznie z „wagami” spraw. Z wyliczenia, że statystycznie sędzia danego pionu może rozpoznać rocznie X spraw danego typu, nie wynika, że orzekający w tym pionie sędzia Nowak, który w 2017 r. załatwił mniej niż X spraw, jest sędzią nieefektywnym (złym, leniwym czy godnym szczególnych form nadzoru).

Podsumowując, jeśli system pomoże zracjonalizować proces podejmowania decyzji o liczbie sędziów w poszczególnych sądach, odniesie sukces. Jeśli stanie się kolejnym orężem w rękach omnipotentnego nadzoru, wycelowanego w konkretnych sędziów, skala absurdów dorówna wyobraźni Barei. Tyle rozważań ogólnych.

Dalej pojawiają się pytania szczegółowe. Po pierwsze, a jak to zmierzyć. Odpowiedź brzmi – rozsądnie i z godnością.

Po pierwsze nie warto dzielić włosa na pięcioro. Właśnie dlatego, że mówimy o narzędziu statystycznym, którego celem jest poprawa racjonalności decyzji o rozmieszczeniu sędziów. Jak od siedmiu dekad dowodzi automat Michaiła Timofiejewicza Kałasznikowa, w zderzeniu z rzeczywistością wygrywa prostota.

Po drugie, należy racjonalnie podzielić sprawy na kategorie. Weźmy repertorium C w sądach okręgowych. Może to być rozwód, separacja, albo spór o kilkaset tysięcy... Czy warto to uśredniać? A może lepiej rozbić?

Przykładowo, w pierwszym półroczu 2016, w I Wydziale Cywilnym Sądu Okręgowego w Bydgoszczy na obsadzony etat sędziowski przypadało 180 spraw C do załatwienia. Załatwiono 67. Z kolei w XXV Wydziale Cywilnym Sądu Okręgowego w Warszawie, do załatwienia przypadało 246 spraw. Załatwiono… 68. Czy można zatem przyjąć, że statystycznie w ciągu półrocza można załatwić ok. 70 takich spraw?

Tymczasem, w wydziałach rodzinnych nie należało do rzadkości 150-200 załatwionych spraw C na etat sędziowski. Sugeruje to, że sprawy C rozpoznawane przez wydziały rodzinne, są jakieś dwa – trzy razy mniej pracochłonne niż sprawy C rozpoznawane przez wydziały, do których sprawy rodzinne nie trafiają. Oczywiście do zbliżonego wniosku można dojść w bardziej naukowy sposób – obserwując (lub nakłaniając do samoobserwacji) przez odpowiedni czas odpowiednią próbę sędziów. Tak czy inaczej, chodzi o „przypisanie punktów adekwatnych do pracochłonności sprawy”.

Po trzecie, sam fakt pomiaru może zmieniać mierzoną wielkość. W fizyce kwantowej występuje tzw. nieoznaczoność Heisenberga. W życiu, jeżeli wiemy, że naszą zdolność do pracy (innymi słowy normę) oszacowano na X, to nigdy więcej X nie przekroczymy – bo, a nuż znów zmierzą i normę podniosą.

Tyle teorii. Co przyniesie praktyka – zobaczymy. Może być bardzo dobrze, albo bardzo niedobrze. Może też pozostać tak jak jest. W końcu nie pierwszy raz resort eksperymentuje z pomiarem pracochłonności spraw. Jakieś pięć lat temu, dzięki (niemałym) środkom europejskim powstała „Analiza obciążenia pracą i opracowanie standardów pracy dla wszystkich grup zawodowych w sądownictwie”. Analizy zlecono, przeprowadzono, odebrano i – jak przyznał Sejmowi ówczesny wiceminister - zostały one „przedstawione prezesom sądów apelacyjnych oraz sądów okręgowych w trakcie narady”. Proces decyzyjny w resorcie (którego racjonalizacji służą tego typu analizy) pozostał bez zmian. Pojawiło się jednak sporo intrygującego materiału.

Weźmy to, co Suweren lubi najbardziej – zbrodnię. Dokument (w wersji pozyskanej i opublikowanej przez Krajowe Stowarzyszenie Zawodowych Kuratorów Sądowych) wskazuje, że załatwienie sprawy K w sądzie okręgowym, to średnio wysiłek rzędu stu roboczogodzin (a "dokładniej" 102 godziny, 4 minuty i 32 sekundy... i jak tu nie pomyśleć o Barei...). Tymczasem PEBB§Y w wersji z 2014 r. sugeruje, że sędzia w Landgerichte sprawie karnej (Strafsachen 1. Instanz ) poświęca średnio 46 godzin i 12 minut...

Co z tego wynika – to pytanie do dobrego komparatysty. Ale warto poszukać na nie odpowiedzi przed odmierzaniem i odważaniem. Zanim ustalimy ile czasu pracy sędziego wymaga załatwienie jakiejś sprawy, zastanówmy się, czy nie można najpierw tego czasu skrócić. Przestrzeń do poprawy może być większa, niż jesteśmy skłonni przypuszczać.

Mamut

Kategoria: Mamut
Data publikacji: 2017-07-13