Ewa Łętowska: O pożytku oglądania filmów

Ewa Łętowska: O pożytku oglądania filmów

Postępowanie przed polskimi komisjami sejmowymi wykorzystuje wobec przesłuchania świadka procedurę karną. Na zapożyczenia filmowe nie ma tu miejsca.

„Gdyby sędziowie w ten sposób prowadzili rozprawy (drwiny ze świadka, obrażanie świadka, pytania sugerujące, pytania zawierające odpowiedź, pytania wręcz agresywne, straszenie świadka) i okoliczność ta wypłynęła do wiadomości publicznej, to byłby wielki krzyk o pogardzie okazywanej ludziom, o skandalicznym demonstrowaniu swej władzy, czy o wręcz psychologicznym znęcaniu się.” To cytat z listu, jaki dostałam od doświadczonego i mądrego sędziego. A przyczyną była transmisja obrad komisji sejmowej, powołanej do wyjaśnienia sprawy Amber Gold. Mój korespondent ma pełną, świętą rację. Paskudnie to wygląda. I od strony procedury, i od strony całkiem ludzkiej Kindersztuby.

Pamiętam, jak problemem w Trybunale Konstytucyjnym była niechęć zadających pytania prawne – do osobistego stawiennictwa sędziów na rozprawie przez TK. I tajemnicą poliszynela było, że jedną z przyczyn był pojawiający się nazbyt często brak – powiedzmy – kurtuazji ze strony składu przy roztrząsaniu sprawy. Każdy to boleśnie odczuwa, ale sędzia przyzwyczajony do tego, że miejsce za stołem zajmuje on sam – odbiera to szczególnie boleśnie.

Tak mi się w życiu zdarzyło, że bywałam także autorem wniosków i pytań stawianych TK – i wielokrotnie sama się tam produkowałam, bo uważałam, że zwłaszcza w kwestiach wrażliwych należy działać samej i nie wyręczać się personelem. Różnie bywało; pewnego razu, w bardzo głośnej i trudnej sprawie, sędzia (a zarazem kolega-profesor) zaczął być dla mnie werbalnie nad wyraz niemiły, na co zareagowałam przesadnymi pokłonami w japońskim stylu oraz kwiecistością rewerencji, co zresztą wywarło zamierzony skutek, bo spowodowało zaprzestanie grillowania.

Nie jesteśmy przesadnie kurtuazyjnym społeczeństwem. Sądowy savoir vivre też nie jest u nas wyszukany, ale jednak jest.

Tym niemniej nie mam wątpliwości, że procedury stosowane u nas w pracy komisji sejmowych nie z tego sądowego savoir vivre czerpały i czerpią. Kilka dni temu przeżyłam olśnienie: wiem skąd. Obejrzałam film „Trumbo” nadawany przez stację HBO. To historia scenarzysty z Hollywood, Daltona Trumbo, z wieloma innymi scenarzystami, aktorami, reżyserami miał pecha znaleźć się na czarnej liście osób, objętych działaniami komisji do badania działalności antyamerykańskiej. Trumbo współdziałał przy wielu kultowych filmach i był kilkakrotnym laureatem Oscara za scenariusz (pisywał „pod przykrywką”, dużo i z sukcesami). I ten właśnie biograficzny film doskonale pokazuje (nawet lepiej niż też znany film „Good Night und Good Luck”) atmosferę zarządzania strachem i to, co ją generowało: przesłuchania przed nadzwyczajnymi komisjami parlamentarnymi, z udziałem butnych polityków, świadomie manipulujących napastliwością przesłuchania („oczekuję krótkich odpowiedzi tak albo nie”), zadających insynuacyjne pytania i nie kryjących wyraziście werbalizowanego potępienia.

Gdy na to patrzyłam, z jednej strony pomyślałam sobie z niejaką otuchą: no, przynajmniej nie tylko u nas. „Tam” przecież było podobnie. I zaraz refleksja. „Tam” to jednak czas przeszły dokonany. Bo to „było” prawie siedemdziesiąt lat temu.

Postępowanie przed polskimi komisjami sejmowymi wykorzystuje wobec przesłuchania świadka procedurę karną. Na zapożyczenia filmowe nie ma tu miejsca. A swoją drogą warto byłoby na szkoleniach, w czasie studiów prawniczych czy nauki prawniczego zawodu popatrzeć sobie na standard komisji śledczych i skonfrontować go z tym, co nauczają podręczniki. A potem przejść się po sądach i sprawdzić jeszcze raz.

Ewa Łętowska

Data publikacji: 2017-07-06
Strona wykorzystuje pliki cookies. Możesz zablokować cookies zmieniając ustawienia w Twojej przeglądarce. Przeczytaj więcej o cookies lub ukryj ten komunikat x