Historia kołem się toczy

Historia kołem się toczy

„Diabeł tkwi w szczegółach. Podobnie jak zbawienie” - H. G. Rickover

 

Dziś rano 30 samolotów polskich ukazało się nad Berlinem i obrzuciło bombami obiekty wojskowe, wyrządzając ogromne szkody”. „Na całym froncie zachodnim Niemcy uciekają w panice”. „Wicher zatopił niemiecką łódź podwodną”. Tak działania wojenne w pierwszych dniach 1939 r. relacjonowała polska prasa codzienna. W oparach groteski upadało mocarstwo, które miało nie oddać „nie tylko całej sukni, ale nawet guzika”.

Festiwal rocznic związanych z powstaniem II RP nabiera tempa. 150 lecie urodzin Komendanta i Naczelnika to dopiero preludium obchodów zaplanowanych na 2018. Taka rocznica skłania do namysłu, pozwala na nabranie dystansu, dostrzeżenie szerszego kontekstu.

Trzy lata temu świętowaliśmy stulecie najkrwawszej kłótni rodzinnej w dziejach. Europę rzucono do okopów,  pozbawiając życia i zdrowia ponad 40 milionów ludzi. Na półkach pojawiły się rocznicowe książki, próbujące rzucić nowe światło na wydarzenia sprzed stulecia. Analizowano, co doprowadziło do tragedii i czy lekcje z dawnego konfliktu pozwalają wyciągnąć wnioski o ryzykach współczesnej rywalizacji mocarstw.

Pozostaje mieć nadzieję, że stulecie dwudziestolecia zaowocuje pojawieniem się podobnych pozycji. Jest bowiem co analizować, a i wnioski wydają się bardziej użyteczne niż kiedykolwiek. Niestety, jak dotąd o międzywojniu mówi się tak, jak Kubuś Puchatek opowiada o życiu niedźwiedzi. A szkoda…

Nie jest tajemnicą, że kiedy w Europie powstawały nowoczesne narody (z patriotyzmami i nacjonalizmami) oraz instytucje polityczne (z wojnami domowymi i rewolucjami) polskie społeczeństwo pozostawało „pod lodem” zaborów. Nie miało kiedy się uczyć, ani eksperymentować. Dziś można powiedzieć, że w miarę suwerenna nowoczesna państwowość polska liczy mniej niż 50 lat. Tym bardziej, warto analizować każde jej doświadczenie.

Doświadczeniem kluczowym jest bez wątpienia sanacja, czyli wojskowy zamach stanu przeprowadzony przez Naczelnika, który postanowił zaprowadzić porządek w organizmie państwowym, który stanowił „wielki burdel, konstytucja to prostytutka, a posłowie to kurwy”. I wcale nie chodzi tu o pytanie, czy Piłsudski był, czy nie był dyktatorem, a jeśli już to drugie, to czy dyktatura jego miała wymiar fizyczny czy moralny. Chodzi o odpowiedź na trzy fundamentalne pytania.

Pierwsze fundamentalne pytanie: czym miał być zamach majowy i sanacja?

Diagnozę sformułował Marszałek dość wcześnie. Ustrój demokratyczny nie sprawdzał się, gdyż jego najwyższa władza – Sejm – zamiast patriotami skupionymi na budowie wielkości ojczyzny, była „zapełniona złośliwymi małpami, załatwiającymi wszystkie swoje potrzeby publicznie”. Przekładało się to na słabość Państwa w każdym wymiarze, od politycznego przez gospodarczy, po militarny. „Żadne zdrowe społeczeństwo nie będzie bez zdobycia się na opór czynny znosić gospodarki bandytów podtrzymywanych przez władze i władz podtrzymywanych przez bandytów”. Mówiło się wręcz o groźbie prawicowego zamachu stanu na obraz i podobieństwo włoskiego Il Duce. Rozwiązanie wydawało się oczywiste „sanacja moralna” państwa i narodu. Innymi słowy, zastąpienie złych ludzi dobrymi i rozmontowanie ograniczeń, które utrudniały bądź uniemożliwiały im swobodne działanie. Tylko tyle. Jak mówił sam Komendant, miał miejsce „jedyny w swoim rodzaju fakt historyczny, żem zrobił coś podobnego do zamachu stanu i potrafił go natychmiast zalegalizować i żem uczynił coś w rodzaju rewolucji bez żadnych rewolucyjnych konsekwencji”.

Pytanie drugie: czym okazał się zamach majowy i sanacja?

W praktyce okazało się, że ograniczeń utrudniających „sanację moralną” - innymi słowy reguł, które z oczywistych powodów nie mogą obowiązywać tych, którzy reguły mają naprawić – jest całkiem sporo. Pierwszym ograniczeniem – jak zawsze w takiej sytuacji – okazali się obrońcy zastanych reguł.

Sanacja natknęła się na nich, zamierzając zminimalizować inne ograniczenie – niedojrzałość wyborców. By nie przeszkodziła ona siłom odnowy, należało obsadzić stanowisko głównego komisarza wyborczego. Niestety, kandydatów na to stanowisko miało przedstawić Zgromadzenie Prezesów Sądu Najwyższego. Niestety, pomimo aktywnych zabiegów Ministra Sprawiedliwości, Prezesi nie zrozumieli ducha czasów. Szczęśliwie rozumiał go Prezydent, i na stanowisko powołał człowieka właściwego.

Ale do tematu należało wrócić. I powrócono. Po dekadzie odwlekania reformy i ujednolicenia sądownictwa – które wciąż zmagało się z dziedzictwem rozbiorów – zdecydowano, że właściwy moment nadszedł. Rozporządzenie Prezydenta Rzeczypospolitej z dnia 6 lutego 1928 r. Prawo o ustroju sądów powszechnych (Dz.U. 1928 nr 12 poz. 93) sądownictwa wprawdzie nie zunifikowało (jednolity kpc zaczął obowiązywać od 1933, a dawni sędziowie pokoju nie mający wykształcenia prawniczego orzekali w byłej dzielnicy rosyjskiej jeszcze przez kilka lat).  Pozwoliło jednak usunąć ze stanowisk krnąbrnych prezesów: I Prezesa Sądu Najwyższego Władysława Seydę i prezesa Izby Karnej SN Aleksandra Mogielnickiego, oraz Prezesa Najwyższego Trybunału Administracyjnego Jana Sawickiego.

Pomimo obsadzenia stanowiska głównego komisarza wyborczego, BBWR w wyborach z 1928 nie udało się uzyskać należytego sukcesu. Ograniczeniem okazał się elektorat i jego wybrańcy. Wybory zatem powtórzono. Aby ulżyć elektoratowi w trudnym procesie wyboru najlepszych kandydatów, ci nienajlepsi jesienią 1930 trafili w gościnę Wacława Kostka-Biernackiego. Jemu umiłowania ojczyzny w jej personifikacji nie można było odmówić. Zasłynął jako autor piosenki: Jedzie, jedzie na kasztance,| Siwy strzelca strój.| Hej, hej, Komendancie,| Miły wodzu mój. Zasłynął też sposobem traktowania liderów opozycji w twierdzy brzeskiej. No, ale przecież prawa nie łamano. Oskarżeni dostąpili nawet procesu – zakończonego oczywiście wyrokami skazującymi. Ostatecznym argumentem był cyniczny dowcip –posłowie znaleźli się w Brześciu nad Bugiem, a mogli w Bugu pod Brześciem.

Nawet takiego szczęścia nie miał bohater wojny 1920 generał Tadeusz Jordan Rozwadowski, który trafił do Wojskowego Więzienia Śledczego na Antokolu w Wilnie. Jakiegokolwiek procesu nie doczekał.

Pytanie trzecie: czym zakończył się zamach majowy i sanacja?

Podstawowa obietnica, jaką Sanacja dała Narodowi, dotyczyła bezpieczeństwa. W trudnych czasach zabawa w demokratyczne formy organizacji życia publicznego była nieodpowiedzialnością. Należało złożyć władzę w ręce uczciwych patriotów, i trwać w wierze i nadziei.

Były na tej drodze sukcesy. Wystarczy wspomnieć Gdynię czy Centralny Okręg Przemysłowy. Były i wpadki – dobór kadr, który zainspirował powstanie „Kariery Nikodema Dyzmy” czy powszechny analfabetyzm, nędza i brutalizacja życia publicznego – ze strzelaniem do strajkujących włącznie.

I wreszcie finał. Rządy uczciwych i patriotycznych speców od wojaczki zakończyły się w nocy z 17 na 18 września 1939. Jeszcze 20 września „Express Poranny” informował swoich czytelników, że Naczelny Wódz, marszałek Edward Śmigły-Rydz pojawił się na froncie u boku żołnierzy. Śmigły-Rydz, wraz z sanacyjną elitą władzy, opuścił Polskę dwa dni wcześniej. Nie było sukni. Nie było guzika. Nawet skazanych w procesie brzeskim objęła amnestia.

Pytanie nie dotyczy tego, czy II Wojny Światowej dało się uniknąć. Dziś z bardzo dużą dozą prawdopodobieństwa można powiedzieć, że w połowie XX wieku w Europie duży konflikt zbrojny był nieuchronny. Zbyt dużo było mocarstw chętnych (i gotowych) do ataku, a nie istniała jeszcze broń atomowa – która, jak pokazało ostatnie 70 lat, stanowi w takich sytuacjach najlepszy środek otrzeźwiający. Nie dotyczy też tego, czy Polska mogła ją wygrać.

Ale nic nie zwalnia od zadania pytania, czy bez zamachu majowego, bez likwidacji demokracji parlamentarnej, bez likwidacji niezależnego sądownictwa, bez osadzonych w więzieniach posłów i generałów, bez rządów silnej ręki i generalnie bez „sanacji moralnej” II RP znalazła by się w gorszej sytuacji. Jakich zagrożeń udało się uniknąć dzięki szarpnięciu cuglami. Czy naprawdę była to cena obrony przed (rzeczywistymi) zagrożeniami, czy tylko cena, za realizację czyichś marzeń.

I nie warto stosować tu rozumowań za pomocą plemiennych sylogizmów. A te do wyboru mamy dwa. Pierwszy: PRL był bardzo zły. Zdaniem PRL, w II RP wszystko było złe. Ergo w II RP wszystko było dobre. I drugi: Aktualnie rządzący są bardzo źli. Ich zdaniem, w II RP wszystko było dobre. Ergo w II RP wszystko było bardzo złe.

Nadchodząca setna rocznica powstania współczesnego państwa polskiego, i przypadająca rok później trzydziesta rocznica wyborów czerwcowych powinny doczekać się nieco poważniejszej refleksji.

Mamut

 

Kategoria: Mamut
Data publikacji: 2017-12-11
Strona wykorzystuje pliki cookies. Możesz zablokować cookies zmieniając ustawienia w Twojej przeglądarce. Przeczytaj więcej o cookies lub ukryj ten komunikat x