Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie

Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie

Nie wystarczy mieć rację. Trzeba jeszcze widzieć ścieżkę dojścia do jej realizacji. Należy scalać, a nie dzielić. Dzielić jest łatwo, scalać bardzo trudno. Widać to wyraźnie z perspektywy dwóch ostatnich lat.

Pani Profesor, pytanie, czy władza sądownicza, a co za tym idzie, prawa i wolności obywatelskie, są w Polsce zagrożone, jest raczej natury retorycznej. Zapytam inaczej, czy mamy do czynienia z alertem pomarańczowym, czy czerwonym?

 E.Ł. W tej chwili to już z pomarańczowego przechodzi w czerwony. Prawnicy mają trudności z dostrzeżeniem i opisaniem zjawiska patologizacji systemu prawa. Prawnik ma skłonność do widzenia rzeczywistości w sposób statyczny. Widzi nie proces, stawanie się, tendencję, lecz  stan: prawny albo  faktyczny  - istniejący w danej dacie. Tymczasem u nas zachodzi proces: odchodzenia lub wygaszania państwa prawa. Ten proces przyspiesza i staje się jakościowo intensywny.  Przestawiono drogowskaz: nie maszerujemy już ku społeczeństwu otwartemu, demokracji o dużym, pojemnym, wspólnym mianowniku, gdzie uwzględnia się interesy i aspiracje różnych grup, określonych na podstawie kryteriów właściwym demokratycznym tradycjom liberalnego państwa prawa, tak jak to rozumieją państwa UE, stanowiące centrum zjednoczonej Europy i standardy tam praktykowane. Nie interesuje nas już demokracja deliberatywna, zapewniająca wysłuchanie, szeroki udział różnych samorządów  w procesie kształtowania polityki państwa i decyzji, także legislacyjnych. Na taki model „była pisana” konstytucja. Interesuje nas państwo scentralizowane, zwarte, „kadrowe”, gdzie aktualna większość parlamentarna uważa się za legitymizowaną do podejmowania decyzji wkraczających de facto w kwestie konstytucyjne. Na naszych oczach dokonuje się „wrogie przejęcie” Konstytucji i systemu prawnego.

Przykład: gdy alarmowano, że zmiany w prawie o zgromadzeniach obniżają standard konstytucyjny w tej mierze, argumentowano (szefowa rządu), że nic się nie dzieje, bo demonstrować wszak można. Fakt. Tyle że teraz demonstrujący (pokojowo,  np. osoby stojące na ulicy i wymachujący kwiatami) spotkają się z zarzutem blokady demonstracji cyklicznych, a więc uprzywilejowanych. To prawda, blokowali i zarzut postawić im formalnie można, tyle, że przed tym obniżono legislacyjnie standard ogólnej dostępności do demonstrowania, poprzez stworzenie specjalnej kategorii zgromadzeń uprzywilejowanych. Nadto  ograniczono dostępność pewnych połaci przestrzeni miejskiej. Ten proces postępuje – np. poprzez procedurę przesunięcia gestii nad publiczna przestrzenią samorządową – do decyzji administracji rządowej.  Teraz już zaczynają się postępowania karne przeciw demonstrantom  (kilkaset postępowań). W tych sprawach nastąpiło  nowe  wyskalowanie termometru. I on pokazuje ciągle tę samą temperaturę („wolno demonstrować”, ale „w granicach inaczej sformatowanego prawa”).

Prawnicy mają jeszcze jedną przypadłość intelektualną. Skoro prawo deklaruje jakiś cel, to my z dobrą wiarą przyjmujemy, że to rzeczywiście chodzi  właśnie  o to, co zadeklarowano.  W głowie nam się nie mieści założenie patologii. Tymczasem obecnie prawo formułuje  często inny cel, niż ten, który za jego fasadą kryje. Przykład: manipulacją – i to przemyślaną, jak sądzę - są kolejne wnioski do Trybunału Konstytucyjnego, bynajmniej nie realizujące funkcji kontroli konstytucyjności. Na przykład teraz mamy zaskarżenie tyczące do immunitetu odszkodowawczego państwa obcego. Trudno zgadnąć, co tu można zaskarżyć w prawie polskim jako sprzeczność z polską konstytucją. Wniosek jest  prawniczo „od czapy”. Temu towarzyszy hałaśliwa akcja medialna, sugerująca usuwanie przeszkód na drodze do strumienia odszkodowań  dla Polaków za przeszłe, doznane historycznie krzywdy. To jest po prostu populistyczna manipulacja prawem, nastrojami, polityką i uczciwością zawodową. Bo efektem będzie dosyć oczywiste orzeczenie TK, że zaskarżony przepis nie zabrania wytaczania powództw odszkodowawczych przeciw obcemu państwu. Tyle, że skutku one nie osiągną. Ale spowodują szum medialny i rozbudzi złudne nadzieje.

Inny proces, patologizujący kulturę prawną, którego jesteśmy świadkami. Niezawisłość sędziowska – sędzia jest niezawisły, ale gdy jest niepokorny, jego decyzja może narazić  na nieprzyjemności. No choćby tylko na wszczęcie postępowania „w sprawie” (Police, Kraków). Albo zajęte stanowisko stanie się obiektem zinstytucjonalizowanej krytyki na ministerialnych  stronach internetowych. Tego rodzaju zabiegi – a można mnożyć przykłady (http://www.imm.com.pl/biuletyn/1264159032/online) powodują efekt mrożący: sędzia woli orzekać tak, by się nie narazić: na hejt, instytucjonalną krytykę polityków, czy represyjne działania prokuratury lub szczególną uwagę prezesów. To nie jest zdrowa atmosfera.

Te wszystkie przykłady pokazują jedno: statycznie, w pojedynczych przepisach – wszystko w porządku. Tylko że standard, na który ma wpływ zachowanie ludzi wypełniających swymi decyzjami ramy stwarzane przez statycznie widziane przepisy – ulega pogorszeniu.

Konkludując: jesteśmy demokracją. Sama demokracja ma różne imiona i stadia. Minimum minimorum są wolne wybory. Ale i tu sporo zależy od ordynacji, określenia okręgów wyborczych. Już obniżyliśmy  standardy demokratycznego państwa prawa, gdy idzie o ochronę praw człowieka i pozycję judykatywy jako gwaranta poszanowania w tym zakresie praw jednostki. No i wizję judykatywy w podziale władz (trzy władze równe, nie jednakie)  zmieniamy  na wizję, gdzie sądownictwo stoi niżej dwóch pozostałych władz. To oczywiście nadal jest demokracja, tak jak demokracją jest Francja, gdzie nie ma wzięcia teza o tym, że sądownictwo jest równe innym władzom.  Ale czy demokratyczny był z kolei PRL, gdzie także wyznawano podobną tezę? Otóż demokracja bywa różna, określona różnymi przymiotnikami. W PRL była to demokracja socjalistyczna. W Rosji jest demokracja suwerenna – określenia można mnożyć.  Nie warto kruszyć kopii o nazwę dla danego etapu czy stadium. Ważna jest tendencja kształtowania standardu.

Czy trendom można się skutecznie przeciwstawić? Myślę szczególnie o sędziach jako strażnikach konstytucyjnych praw i wolności. Stać na straży, to inaczej mówiąc, ochraniać, strzec, zapobiegać i przewidywać. Widzieć proces, to dostrzegać nie tylko jego historię, przebieg i uwarunkowania, ale także jego finał. Powiedziała Pani, że przechodzimy w alert czerwony, minimum minimorum jeszcze nie zostało zaprzepaszczone, choć trend jasno wskazuje na nieuchronność kresu demokracji deliberatywnej. Jeśli założymy nieuchronność dziejową, to pozostaje nam założyć ręce i czekać na to, co nieuniknione. Przy takim założeniu wpadamy w logiczną pułapkę. Od strażnika nie oczekuje się bierności. „Jeśli nie teraz, to kiedy, jeśli nie my, to kto” i jak, może odwrócić niebezpieczny trend?

Judykatywa, sądownictwo – to nie jest miejsce na demonstracje polityczne, trzeba być szczególnie ostrożnym. Zatem nie akcje, protesty, strajki czy deklaracje. Ja bym walczyła skrupulatnym demonstrowaniem staranności zawodowej, transparencją i prostowaniem każdego przekłamania – zwłaszcza płynącego ze źródeł, które  - z racji ich umiejscowienia w aparacie państwowym -  powinny raczej otaczać judykatywę opieką i wsparciem, a nie sponsorować niemądrą kampanię reklamową dyskredytującą wymiar sprawiedliwości. I żeby chociaż ta kampania skrzyła się pomysłowością i finezją! Że przypomnę preambuła konstytucyjna mówi wprost o „współdziałaniu władz”. Smutne to bardzo.

Mam mieszane uczucia, przyznam, wobec  propozycji uznawania z góry za godne potępienia lub za przejaw bezkrytycznego entuzjazmu - zmian personalnych  dokonywanych na stanowiskach funkcyjnych w wymiarze sprawiedliwości. Taka polaryzacja stanowisk wyklucza wszelki dialog i wszelkie stany pośrednie. Przecież jak nie można zakładać, że wszyscy dotychczasowi funkcyjni, jako przedstawiciele dawnych elit godnych potępienia, powinni pójść do wymiany, tak samo nie można bronić poglądu przeciwnego: że nigdy, żaden „nowy” nie jest kimś innym, jak tylko kolaborantem! Takie nastawienie wyklucza normalność. Nikt lepiej niż sędziowie nie powinien rozumieć, że każda ocena musi być wyważona, osadzona  sytuacyjnie, uzasadniona i zrealizowana  z klasą. 

Święte słowa Pani Profesor, ale czy adekwatne do alertu czerwonego? Jaki kraj, taki obyczaj, jakie zagrożenie, taka narracja. Profesor Matczak zauważył, że „ jeśli istotą podziału jest równoważenie, to istotą równoważenia jest możliwość sprzeciwienia się przez władzę sądowniczą innym władzom. Prawo do wyrażania sprzeciwu nie jest wadą, ale właściwością całego systemu”. W akcji „dziękuję, nie kandyduję” chodzi o wyrażenie tak rozumianego sprzeciwu. Zarzuca mi się idealizm, ale jak inaczej pokojowo, zgodnie z prawem, godnie sędziego, sprzeciwić się nieakceptowanym i groźnym dla państwa tendencjom, a tendencja jest taka, żeby w jedną praktycznie noc „zaorać” stuletnią tradycję i dorobek Sądu Najwyższego. Jeśli, takie wydarzenia nie spotkają się ze sprzeciwem to, co musi się wydarzyć, aby sędziowie dostrzegli brzemię odpowiedzialności, jaka na nich ciąży. W sytuacji jaskrawej dysproporcji sił i możliwości perswazji judykatywy i egzekutywy, bierny opór jest jedyną metodą. Każda przyjęta nominacja legitymizuje poczynania egzekutywy. Nie przekonuje mnie odwoływanie się do motywów takiej, czy innej decyzji. Po pierwsze dlatego, że prezes niewiele może pozytywnego zdziałać w ramach anachronicznego nadzoru administracyjnego (odwoływanie się do posłannictwa w takim wypadku skrywa tylko ambicje). Po drugie, bierny opór nie oznacza anarchii, gdyż nigdy nie będzie tak, że sąd będzie „bezpański”. Pełniącym obowiązki zostanie sędzia najstarszy służbą. Po trzecie, rzecz najistotniejsza, paradoksalnie istniejący kryzys daje sędziom okazję do uniezależnienia się od politycznych wpływów. Prezes z najdłuższym stażem niczego nikomu nie zawdzięcza i ma jedną niepodważalna cechę w sądzie – autorytet albo przynajmniej respekt.

To wszystko prawda, co Pan mówi. Tyle, że nie wystarczy mieć rację. Trzeba jeszcze widzieć ścieżkę dojścia do jej realizacji. I – moim zdaniem – moja metoda jest bardziej obiecująca.  Należy scalać, a nie dzielić.  Dzielić jest łatwo, scalać bardzo trudno. Czy nie widać tego przez ostatnie dwa lata?

I – żeby była jasność – ja nie namawiam do „dzielenia przez pół”. Tylko do indywidualnego ważenia każdego wypadku. I nie używania w dyskursie zbyt mocnych przymiotników – za szybko.

Zdumiewające, jak można zgadzać się nawzajem we wszystkim, a zarazem - różnić się w wyborze metod. Może nie ma jednej uniwersalnej. Potraktowanie en bloc wszystkich Bogu ducha winnych asesorów przez KRS przemawia za słusznością Pani metody, ale jeśli odnoszę ją do stanowisk funkcyjnych w wymiarze sprawiedliwości, to mam już mieszane odczucia. Zapytam więc wprost: otrzymuje Pani propozycję przewodniczącego KRS-u - przyjęłaby Pani?

Mówiłam nie o szefowaniu KRS, ale o „zwykłych” funkcyjnych. A KRS? Proszę Pana, ja już dwa razy  w życiu stałam przed podobnymi wyborami. Pierwszy raz, gdy byłam przyniesionym w teczce kandydatem na pierwszego rzecznika praw obywatelskich. W 1987 r. zgodziłam się, bo widziałam szanse na zbudowanie sensownej instytucji – której ci, którzy mnie traktowali jak zaprzańca – nie widzieli. Udało mi się, zgoda, miałam jeszcze łut szczęścia w okolicznościach obiektywnych. Drugi raz, już po upływie kadencji rzecznika  dostałam propozycje ministerialną. Oceniłam za i przeciw, i wyszło, że tej bryły nie ruszę, bo brak mi było przebicia m. in. politycznego.

Przewodniczący KRS? Zależy jak umiejscowiony jest ten, komu to proponują. Jaki ma autorytet środowiskowy i zawodowy (to jest najmocniejszy atut).  Ja bym była ostrożna z decyzją, bo co tu decydować i oceniać, póki nie wiadomo jak ma wyglądać  ustawa o KRS i jaki ma być jej skład? Poza tym obecnie mamy takie czasy, że problematyka sądownicza jest używana jak maczuga polityczna.  Obecnie ewentualna decyzja o kandydowaniu - widać  już na pierwszy rzut oka - nie może być dokładnie przemyślana. Nawet uchwalenie w miarę sensownej ustawy o KRS (na co się nie zanosi) nic nie gwarantuje. I to na wejściu byłby „plus ujemny” dla ewentualnego kamikadze. Wtedy trzeba mieć ogromną moc w sobie i autorytet profesjonalny oraz rozliczne talenty organizacyjne, aby móc zaryzykować.

Jak skomentuje Pani najnowszą wojenkę MS i KRS, tym razem na froncie asesorskim.

Rozumiem, że tu było „jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie”. Minister Sprawiedliwości tyle razy publicznie okazywał – delikatnie mówiąc niechęć zasiadającym w Radzie, że ta  nie widziała powodu do rezygnacji ze skrupulatności w ocenie przygotowania wniosków. No i zaczęło się sprawdzanie aktualności świadectw zdrowia, karalności itp. Tyle, że każde legal harassement instrumentalizuje prawo. A cała historia - najpierw z przetrzymywaniem nieobsadzonych etatów przez ministerstwo i teraz ze skrupulatnym przestrzeganiem poświadczeń badań, jest taką samą instrumentalizacją posługiwania się prawem jak zarzut śmiecenia w mieście przez rozrzucanie ulotek, stawiany uczestnikom niepopularnych demonstracji. Instrumentalizacja prawa następuje tu przez rezygnację z proporcjonalności. Bez niej prawo jest maczugą, a nie narzędziem służącym funkcjom założonym.  Bardzo to smutne, zwłaszcza, gdy wypływa od podmiotów, które powinny i z racji przygotowania zawodowego i pełnionych funkcji czuwać nad prawidłowością posługiwania się prawem i jego standardami.

I jeszcze słówko komentarza do sprawy niepowołania przez KRS kandydatów na asesorów. W świetle ostatniego orzeczenia TK (gdzie orzekano o prawidłowości regulowania procedury wyboru  prezesa SN w akcie rangi regulaminu) zupełnie możliwe jest następujący hipotetyczny przebieg wydarzeń. Gdyby KRS popatrzył przez palce na braki przedstawionej dokumentacji (brak zaświadczeń lekarskich,  zaświadczenia o niekaralności itp.) można byłoby go poddać surowej krytyce z powodu niedostrzeżenia tych błędów wniosków. Tak właśnie powiedziano  w uzasadnieniu orzeczenia TK  (K 3/17 z 24.10.2017 r.), gdzie co prawda nie stwierdzono niekonstytucyjności powołania I Prezesa SN, ale skrytykowano brak dostatecznej uwagi Prezydenta, który prezesa powołał i tym sposobem usanował wadliwości, które wynikały z wadliwej jednak (taka ocena TK obiter dicta) genezy regulaminu SN. Takie pogrożenie palcem (Prezydentowi, SN) i okazja do negatywnej kampanii prasowej. Podobne rozumowanie można byłoby więc zastosować i do oceny ewentualnej nieuwagi KRS. Droga przetarta. Tu może też leżeć przyczyna nadmiernej ostrożności i skrupulatności KRS.

A przecież w preambule konstytucji wyraźnie się mówi o "współdziałaniu" władz, co wyklucza ( przynajmniej teoretycznie) instrumentalizację prawa i konstruowanie medialnych haków na siebie.

 Z Profesor Ewą Łętowską

rozmawiał Jacek Ignaczewski

Data publikacji: 2017-11-02