Na zgliszczach Trybunału Konstytucyjnego

Na zgliszczach Trybunału Konstytucyjnego

Nie wymienia się dachu, kiedy wieje wiatr, tak jak nie zmienia się Konstytucji, kiedy trwa polityczna burza!

Czy konstytucja jest dramatem?

Pytanie, jeśli nawet jest inspirowane niechlubną wypowiedzią przedstawiciela rządu w Trybunale Konstytucyjnym, prowokuje do zejścia na manowce rozważań. Zestawienie dwóch słów „konstytucja” i „dramat” jest czysto emocjonalną, pozbawioną merytorycznej treści wypowiedzią, tak typową w narracji publicznej. Zamiast dyskutować o problemach, wsłuchiwać się w poglądy innych, wolimy zamknąć dyskusję wielkim HAŃBA, ZDRADA, DRAMAT itp. Dramatem jest utwór literacki, a Konstytucja najwyższym aktem prawnym w Rzeczpospolitej, więc rozmawiamy, o literaturze, czy Konstytucji?

Pozostańmy przy Konstytucji. Czy powinna być zmieniona?

Konstytucja, tak jak każdy akt prawny nie jest doskonała. Zawsze powinna istnieć otwartość na modyfikacje. Do zmiany Konstytucji nie wystarczy zwykła większość parlamentarna, co przy prawidłowo funkcjonującym Trybunale Konstytucyjnym, gwarantowało stabilizację i poczucie bezpieczeństwa, że z dnia na dzień nie obudzimy się w innej, nieakceptowanej, nierozważnej, „innej” rzeczywistości.

Większość konstytucyjna wymusza rozwagę w podejmowaniu decyzji. Wymaga także dialogu, kompromisu, wzajemnego szacunku i przeświadczenia, że – choć różnimy się – chcemy żyć RAZEM pod jednym dachem. Czegoś takiego nie widzę i brakuje mi wyobraźni, aby w najbliższych latach to sobie wyobrazić. Najpierw trzeba skończyć z hańbami, zdradami i dramatami, a potem przejść do dialogu, którego wynikiem będzie zgoda na zmiany.

Czyli wiem, ale nie powiem?

Coś w tym rodzaju. Nie wymienia się dachu, kiedy wieje wiatr, tak jak nie zmienia się Konstytucji, kiedy trwa polityczna burza! Mówienie dzisiaj - nawet czysto merytorycznie - o kierunkach zmian Konstytucji, to nieodpowiedzialne postępowanie, którego skutkiem będzie tylko większa burza. Zamiast przybliżać się do celu, jakim mogłaby być pożądana zmiana Konstytucji, oddalalibyśmy się od niego, świadomie lub nie, będąc elementem rozgrywek politycznego koniunkturalizmu.

Jest jeszcze jeden aspekt - odpowiedzialność polityczna za stan Trybunału Konstytucyjnego. Z tym politycy nie uporali się jeszcze, a powinni przed podjęciem dyskusji o zmianie Konstytucji, która musiałaby zakładać opcję resetu w sporze o Trybunał. Nie mam pewności, że jest ona możliwa do zaakceptowania przez drugą stronę konfliktu, gdyż oznaczałaby ona w praktyce wybór nowego składu Trybunału i rezygnację z odpowiedzialności za stan, w jakim się znalazł. Myślę o Trybunale Stanu. Jeśli taka będzie zgodna wola polityczna, to proszę bardzo, siadamy do stołu i rozmawiamy. W przeciwnym razie wstrzemięźliwość nakazuje zachować dystans do politycznych inicjatyw. Mam wrażenie, że elity zbyt szybko i gwałtownie reagują na polityczne zawołania.

… ale przecież spory wokół Trybunału ucichły, bitwa zakończona!? Może to dobry czas na dyskusję.

Bitwa istotnie, ale wojna z pewnością nie. Przy niezmienionej Konstytucji i polaryzacji sceny politycznej, Trybunał Konstytucyjny w odnowionym składzie, napotka te same problemy, jakie miał w roku 2016. Nastąpi odwrócenie ról. Ci, co krytykowali i nie respektowali, będą bronić, a ci, co bronili, będą krytykować i nie respektować. Zarzut upolitycznienia Trybunału będzie nam jeszcze długo towarzyszył, a kryzys konstytucyjny będzie istniał dalej. Wynika to z faktu, że rządzący nie kryją, że ich celem jest zmiana ustrojowych zasad funkcjonowania państwa. Przy braku większości konstytucyjnej na przeszkodzie stanął Trybunał Konstytucyjny, który z natury rzeczy, nie może autoryzować reform ustrojowych bez zmiany Konstytucji. Jeśli więc korekcie uległ skład Trybunału, który jest wynikiem prostej arytmetyki sejmowej, a ustrojowy program klasy rządzącej nie uległ zmianie, to mamy odwrócenie ról. NASZ Trybunał, stał się ICH Trybunałem. Logika jest prosta - skoro nie można zmienić Konstytucji, należy wymienić jego skład i droga do reformy staje otworem. Rodzą się jednak trzy zasadnicze pytania.

  1. Jak respektować orzeczenia z podejrzeniem automatycznej autoryzacji jedynie słusznych zmian klasy rządzącej?
  2. Czy do istotnych reform, których zawsze byłem orędownikiem, rzeczywiście potrzebna jest zmiana Konstytucji?
  3. Czy Trybunał Konstytucyjny rzeczywiście byłby hamulcowym reform?

W mojej ocenie, wojna o Trybunał wynikała z błędnego i zgubnego w skutkach założenia o niemożności reformowania kraju w warunkach obowiązującej Konstytucji. Przeczy temu dorobek Trybunału, w którym jest wiele orzeczeń, które stwierdzały zgodność z Konstytucją proponowanych przez poszczególne rządy reform. Istnieją również orzeczenia, które wymuszały na rządzących dokonywanie istotnych reform. Przykładem jest milowe i zmarnotrawione orzeczenie z 2007 r. o niekonstytucyjności asesury, czy choćby niedawne orzeczenie o niekonstytucyjności opodatkowania biedy poniżej minimum socjalnego. Gwoli sprawiedliwości, trzeba też wskazać na orzeczenia, które blokowały zamierzania rządzących, jak np. lustracja, otwarcie zawodów prawniczych. Dwa ostatnie przykłady, swojego czasu wywoływały polityczne burze o hamowaniu przez Trybunał „postępowych” reform i – jak można zakładać – stały się m.in. podstawą strategii politycznej wymierzonej w Trybunał. Dzisiaj zawody prawnicze mamy otwarte, a lustracja uwzględnia europejskie standardy

Jeśli Trybunał stwierdza, że coś jest albo nie jest zgodne z Konstytucją, to czyni to w odniesieniu do rozpoznawanego wniosku. Jeśli wniosek jest źle przygotowany, to - przy istniejącym domniemaniu zgodności z Konstytucją aktu prawnego - stwierdza, że zaskarżona regulacja jest zgodna z Konstytucją. Mechanizm ten działa w obydwie strony, także na korzyść rzetelnego wniosku. Zasada skargowości przed Trybunałem rozkłada odpowiedzialność za wynik postępowania także na jego uczestników. W przypadku przegranej można uciekać się do złości, emocji, wrogości, ale można chłodno wyciągnąć merytoryczne wnioski na przyszłość, bez podważania autorytetu sądu konstytucyjnego, jako jedynego i ostatecznego weryfikatora legislacyjnych zamierzeń. Za przykład może posłużyć batalia o bankowy tytuł egzekucyjny. Trybunał stwierdzał konstytucyjność tego rozwiązania, by w końcu orzec o jego niekonstytucyjności.

Twierdzi Pan, że sądownictwo powszechne nie było reformowane po 4 czerwca 1989 r., skoro Trybunał nie był hamulcowym to, kto nim był?

To temat do odrębnej dyskusji. Ograniczę się tylko do pytania, jaki kapitał polityczny można zbić na sędziach niespełniających kryterium „chłopca do bicia”, któremu władza wykonawcza albo coś da, albo zabierze. Trybunał Konstytucyjny do końca roku 2015 nie widział tego problemu. Konsekwentnie oddalał wszelkie skargi na przepisy uprawniające Ministra Sprawiedliwości do ingerowania w niezależność sądownictwa. Nigdy nie dostrzegał również anachronizmu nadzoru administracyjnego z wiodącą rolą ministra. Przyzwolił nawet na zniesienie 79 sądów jednym podpisem ministra! Zestawianie więc Trybunału z hamulcowym reform było nieuprawnione.

Trybunał Konstytucyjny radykalnie zmienił osąd na relacje władzy sądowniczej z wykonawczą dopiero wówczas, kiedy z końcem 2015 r. sam odczuł skutki zainteresowania polityków jego działalnością. Za późno zostały dostrzeżone realne zagrożenia. Problemy same się nie rozwiązują. Można udawać, że ich nie ma, skrywać je poprawnością polityczną, ale tylko do czasu. Mam nadzieję, że będzie to przestrogą na przyszłość przed krótkowzrocznością nierozwiązywania zawczasu problemów i zagrożeń.

Czyli mądry Polak po szkodzie?

Niestety tak. Jest jednak nuta optymizmu. Na zgliszczach Trybunału, uważny reformator odnajdzie trzy kamienie węgielne pod przyszłą reformę wymiaru sprawiedliwości, a mianowicie, że:

  1. niezawisłość dotyczy sprawowania urzędu, a nie tylko sprowadza się do orzekania;
  2. problem rzetelności i sprawności dotyczy także władzy sądowniczej,
  3. niezawisłość sędziowska jest instrumentalna wobec prawa do sądu.

Mówienie o zgliszczach w kontekście Trybunału Konstytucyjnego brzmi przygnębiająco, nawet jeśli odnajduje się w nich kamienie węgielne, a przecież w sporze politycznym, wszyscy przedstawiają się jako strażnicy Konstytucji.

Istotnie, a jednocześnie każda ze stron nagminnie ją łamie i poniewiera.

Mocno powiedziane

Nie ma w tym przesady. Od lat jesteśmy świadkami ciągłej walki na wyniszczenie przeciwnika. Wszystkie chwyty dozwolone, a przecież Konstytucja mówi o dialogu społecznym, współpracy równoważeniu władz, solidarności z innymi, godności człowieka, a więc także polityka! Pytam, gdzie są te wartości w debacie publicznej. Pluralizm z istoty zakłada sprzeczne interesy, rzeczą polityków jest je godzić, szukać kompromisu, a nie rządzić na zasadzie – teraz … my!, a jak nie rządzimy, to niech się pali i wali.

Jeśli politycy zaczną przestrzegać Konstytucji, to przestanie być ona dla nich dramatem. Jak powinni postępować w zgodzie z Konstytucją Trybunał Konstytucyjny wskazał w postanowieniu z 20 maja 2009 r. (Kpt 2/08), stwierdzając, że „współdziałanie zobowiązuje do wzajemnego poszanowania zakresu zadań konstytucyjnych organów państwa, ich kompetencji, nadto - do poszanowania godności urzędów i ich piastunów, wzajemnej lojalności, działania w dobrej wierze (...). Zbieżność celów jako wyraz idei współdziałania jest konsekwencją fundamentalnej zasady ustrojowej, wyrażonej w art. 1 Konstytucji, że «Rzeczpospolita Polska jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli». Na konstytucyjne organy państwa nałożony został obowiązek takich działań, by realizować dyrektywę ustrojową zawartą w art. 1 Konstytucji". Przytoczone stanowisko TK pokazuje, że potrzebujemy nie tyle zmiany Konstytucji, co zmiany stosunku do niej. Przy dobrej woli dobrostan ustrojowy zapewnia przestrzeganie jednego artykułu Konstytucji, a co dopiero, jak uzupełnilibyśmy jego treść o inne uniwersalne wartości

Z sędzią Jackiem Ignaczewskim
Rozmawiał Tomasz Bagniewski

Data publikacji: 2017-06-12
Strona wykorzystuje pliki cookies. Możesz zablokować cookies zmieniając ustawienia w Twojej przeglądarce. Przeczytaj więcej o cookies lub ukryj ten komunikat x