Oczekiwania społeczne a konserwatyzm sędziego

Oczekiwania społeczne a konserwatyzm sędziego

Świat zmieniał się na naszych oczach. My sędziowie tego nie dostrzegaliśmy. W samozadowoleniu dobrnęliśmy do ściany i jesteśmy zdziwieni, że ona tam stoi. Brak refleksji, otwarcia na nowe sposoby myślenia doprowadził do stanu, w którym jesteśmy.

 

Pani Sędzio, jako wieloletni były Prezes, najpierw w Sądzie Rejonowym dla Mokotowa w Warszawie, a następnie w największym sądzie nowożytnej Europy – Sądzie Okręgowym w Warszawie, może Pani powiedzieć coś dobrego o administracyjnym nadzorze nad działalnością sądu? Przyznam, że nie rozumiałem, jak w dobie zarządzania, marketingu, PR, może funkcjonować taki „potworek”, który „dusi” od środka modernizację sądownictwa. Zastanawiam się, abstrahując od politycznych uwarunkowań, czy jest on obiektywnie zdolny do restrukturyzacji sądownictwa.  

M.K. Rzeczywiście prezesem sądów byłam wiele lat, łącznie 14 lat, ostatnio Sądu Okręgowego w Warszawie, jak sądzę jednego z największych sądów w Europie, bo pracuje w nim prawie 300 sędziów. Myślę, że żaden z nich, włączając w to mnie, nie powie ani jednego dobrego słowa o nadzorze administracyjnym, tak jak on jest zapisany w prawie o ustroju sądów powszechnych, ale przede wszystkim jak jest pojmowany przez praktycznie wszystkich Ministrów Sprawiedliwości. „Nadzór” jest przeważnie wykonywany przez sędziów pełniących funkcję wiceministra sprawiedliwości odpowiadającego za nadzór nad obszarem sądownictwa. Prowadzi to do coraz większych problemów w tym obszarze. Może dlatego, że ta nazwa jest tak archaiczna i nic nie znaczy, a wypełniana jest treścią co najmniej nienowoczesną.  Nikt nie zastanawia się, co to jest ten nadzór, a wyjść należy od jego definicji słownikowej, według której nadzór to KONTROLOWANIE lub PILNOWANIE, w przypadku sądu dotyczy to sfery administracyjnej. Ustawodawca założył, że zarówno prezes i minister mają przede wszystkim sprawować funkcje kontrolne, a nie prawidłowo zarządzać obszarami, za które w ramach swoich kompetencji odpowiadają. Przy takim pojęciu swoich uprawnień prowadzi to do absolutnej niewydolności takiego systemu, co obserwujemy wszyscy jako obywatele, w tym my sędziowie.

Skoro o nadzorze nie można powiedzieć niczego dobrego, a zgadzamy się, że środkiem do modernizacji sądownictwa jest zarządzanie, to dlaczego nie jest ono motywem przewodnim niezliczonej ilości reform i postulatów zmian? Od lat słyszę o odciążeniu kognicji, przyspieszeniu postępowań sądowych, wzmożonym nadzorze, o przeniesieniu go z gestii Ministra Sprawiedliwości do Sądu Najwyższego itd. To są jakby wtórne problemy i cele reformy. W gruncie rzeczy postulaty sędziów i polityków niewiele się różnią, sprowadzają się do poszukiwań rozwiązań w obrębie systemu, który jest kontrproduktywny, demotywujący, anachroniczny. To naprawdę cud, że ten system jeszcze funkcjonuje.

To też jest dla mnie zagadką i zasadniczym problemem obecnie funkcjonującego modelu sądownictwa. Przede wszystkim trzeba mieć na uwadze, że nikt z nas sędziów wiele lat nie zdawał sobie sprawy, że nie można tkwić w tak przestarzałym modelu organizacyjnym. Świat zmieniał się na naszych oczach, a my sędziowie, ale także z nami politycy, tego nie dostrzegaliśmy. Cały model zarządzania państwem wymaga zmian. W samozadowoleniu dobrnęliśmy do ściany i jesteśmy zdziwieni, że ona tam stoi. Dostrzegamy, że obywatele są z nas i z systemu niezadowoleni, politycy i niektórzy z nas, którzy źle się czują w tak skostniałych organizacjach, też są niezadowoleni.

To niestety brak refleksji nad samymi sobą, brak otwarcia na nowe sposoby myślenia o organizacji sądów, doprowadził do tak trudnej sytuacji z jaką mamy obecnie do czynienia. Pamiętam konferencję z okazji 20-lecia niezależnego sądownictwa, na której Pani Profesor Ewa Łętowska próbowała przemówić nam do rozsądku i prezentowała tezy, że sądy nie spełniają oczekiwań obywateli, że funkcjonują w oderwaniu od rzeczywistości i może nie wszystko było trafne, ale wiele z tego co mówiła, na pewno warte było przynajmniej refleksji.

Nie było też tak, że sądów nie próbowano modernizować. Podejmowano próby punktowych zmian. Wprowadzono niby menagera do sądu w postaci dyrektora, wprowadzono system ocen, przewidziano również jakiś model kontroli zarządczej. Wszystko to na nic się zdało. Nikt bowiem do dziś nie odpowiedział i nie określił rzeczywiście podstawowych rzeczy jak misja, cele, wartości sądu, jakie zasadnicze zadania mają zrealizować. Gdybyśmy zapytali któregokolwiek z prezesów sądów lub przewodniczących wydziału, co jest ich podstawowym zadaniem, to odpowiedzieliby zapewne, że opanowanie wpływu. To na pewno nie jest odpowiedź satysfakcjonująca świadomego obywatela.

Proszę zauważyć, że my sędziowie jakoś szczególnie nie lubimy dyskutować o zmianach i podejmowane przez Pana i także przeze mnie (ale też przez innych znanych mi sędziów oraz inne środowiska ) próby rozmów o zmianach w sądach, napotykają na niezwykły opór. Samo przywiązanie do konserwatywnych wartości i zasad, nie jest rzeczą niepożądaną u sędziego, ale nie można przy tym nie dostrzegać wymagań nowoczesnego i stale zmieniającego się świata.

Kiedy elity oburzają się na zamach na niezależność sądownictwa powszechnego, zastanawiam się, a kiedy po 2001 r. ono takie było. Mam na myśli zdolność do samoorganizacji, samostanowienia, samorządności. Czy bez tych atrybutów można mówić nie tylko o niezależności, ale także i o odpowiedzialności za sądownictwo? Jak można odpowiadać za coś, na co nie ma się żadnego wpływu?

Tak rzeczywiście jest. Sądownictwo nie zostało ukształtowane jako niezależny segment państwa i nigdy nie zaznało pełnej niezależności, gdyż faktycznie przez cały czas było, a teraz jest w znacznie radykalniejszy sposób uzależnione od władzy wykonawczej poprzez podległość ministrowi sprawiedliwości. To na pewno nie jest dobre rozwiązanie dla obywateli, chociaż teraz próbuje nam się wmówić coś zupełnie przeciwnego, wykorzystując właśnie niezadowolenie społeczne z wymiaru sprawiedliwości (skądinąd częściowo słuszne). Jedną z przyczyn tego niezadowolenia jest właśnie to o co Pan pyta, czy byliśmy zdolni do samoorganizacji, samostanowienia i samorządności. Ze smutkiem należy skonstatować, że nie sprostaliśmy tym wyzwaniom, nawet jeśli politycy dawali nam jakiś margines swobody. Dowodem tego są dyskusyjne, nietransparentne, a czasami ocierające się o politykierstwo wybory do Krajowej Rady Sądownictwa. Z niezależnością i wolnością wiąże się duża odpowiedzialność, którą nie wiem, czy jesteśmy jako środowisko w stanie unieść. Spora część z nas, która aktywnie uczestniczy w obecnych zmianach, jest zadowolona ze ściślejszych związków z polityką i politykami. Według mnie nie ma to nic wspólnego ze służbą sędziowską i służbą na rzecz Państwa.  Uważam, że ta wartość w Polsce w obecnych czasach się zdewaluowała. Kto dzisiaj chce być urzędnikiem państwowym? Być przedsiębiorcą, mieć własną firmę to jest coś, ale być funkcjonariuszem państwa, sędzią, czy to powód do dumy?!  Myślę, że dopóki nie odbudujemy poczucia dumy ze służby państwowej, trudno nam będzie naprawiać Państwo.

Wracając do Pana pytania, czy można odpowiadać za coś, na co nie ma się wpływu, to odpowiedź jest oczywista, nie ma takiej możliwości. Do tego trzeba jednak dorosnąć i być godnym tak trudnej roli.

Jak zatem mamy reagować i postępować, kiedy informacje ze sceny politycznej płyną takie, że czekają nas kolejne, niekonstytucyjne zmiany? Doszliśmy do momentu, w którym nie chodzi o modernizację sądownictwa, co było przecież zapisane w programie rządzących, ale o zachowanie skrawków konstytucyjności w obszarze wymiaru sprawiedliwości. 

Na takie pytanie jako środowisko powinniśmy być przygotowani od dawna, bo przecież docierały do nas pomruki niezadowolenia,  ale niestety tak się nie stało. Trzeba wykorzystać ten moment przełomu jako punkt wyjścia, tym bardziej, że właśnie takie są oczekiwania społeczne. Koniecznym wydaje się przedstawienie jakiegoś alternatywnego rozwiązania, które będzie uwzględniało to społeczne oczekiwanie. Powinno to nastąpić przy uwzględnieniu stanowisk wszystkich środowisk prawniczych, co byłoby wzorcowym rozwiązaniem, a może jednak znajdzie się grupa jakiś pasjonatów, która przynajmniej stworzy na przykładzie swoich własnych doświadczeń jakiś model sądownictwa na miarę oczekiwań dojrzałego społeczeństwa. To już byłby punkt wyjścia do dalszych dyskusji. Z tego, co wiem, to na potrzeby Ministerstwa Sprawiedliwości, opracował Pan własny, autorski projekt i nie wiem dlaczego nie został on poddany dalszym dyskusjom. Takie autentyczne, społeczne konsultacje wokół wielu rozwiązań,  są dla mnie niezbędne dla rozwoju społeczeństwa obywatelskiego.

Na dziś natomiast rozwiązaniem jest przyjęcie rzeczywistych, twardych zasad związanych z teorią zarządzania do funkcjonowania sądów. W dzisiejszych czasach te zasady także rozwijają się i zmieniają, kto bowiem słyszał jeszcze parę lat temu o turkusowym zarządzaniu. Sprostajmy jednak na dziś chociaż temu, żebyśmy wszyscy w sądzie wiedzieli, że ludzie oczekują do nas racjonalnych decyzji, poczynając od Ministra Sprawiedliwości, a kończąc na woźnym sądowym, który też reprezentuje majestat Rzeczpospolitej.

z sędzią Małgorzatą Kluziak

rozmawiał Jacek Ignaczewski

 

Data publikacji: 2017-11-20