Podnosimy wymiar sprawiedliwości z kolan. Część I Awanse i hierarchie

Podnosimy wymiar sprawiedliwości z kolan. Część I Awanse i hierarchie

"Ci którzy nie mają własnych celów, zawsze będą pracować dla tych, którzy je mają". Jeśli sędziowie sami nie określą celów swej kariery, zrobią to inni, tj. politycy, dla których uległe i niesprawne sądy są trampoliną na polityczne wyżyny.

Jacek Ignaczewski

sędziom z niedoszłej Koalicji Wolnych Sędziów w Wolnych Sądach dla Wolnych Obywateli dedykuję.

Nikodem Dyzma cnotą i sprężyną wymiaru sprawiedliwości

Słowo „kariera” ma wiele znaczeń. W potocznym rozumieniu jest kojarzona z awansami, stanowiskami, funkcjami, pokonywaniem kolejnych szczebli drabiny w hierarchicznej strukturze. Łączy się także z potrzebą uzyskania uznania o oczach i opiniach innych, z reguły wyżej osadzonych w hierarchicznej strukturze.  W tym znaczeniu kariera oznacza subiektywne i dość egoistyczne nastawienie na sukces indywidualny. Wszechobecny konsumpcjonizmu i materializmu jeszcze bardziej wzmaga takie nastawienie. Być wyżej, to mieć więcej praw, przywilejów i dóbr materialnych. W takiej motywacji nie ma miejsca na kompetencje, doświadczenie, etykę, samodoskonalenie.

Potoczne rozumienie kariery kształtuje tzw. kulturę instytucjonalną, w której ważne jest miejsce w hierarchii, poparcie, siatka wpływów i powiązań. Spryt, konsekwencja, bezwzględność w zdobywaniu kolejnych szczytów i oczywiście – ZNAJOMOŚCI, są miarą skuteczności działania. Kariera Nikodema Dyzmy jest tutaj idealnym przykładem. Ścieżka zawodowa przywołuje na myśl włoskie słowo carriera – tor, wyścig, szybki bieg, jazda galopem.

W bardziej wyszukanej formule, kariera nierozerwalnie łączy się z określeniem modelu ścieżki zawodowej, w której istotnym elementem jest określenie celu pracy zawodowej. „Ci którzy nie mają własnych celów, zawsze będą pracować dla tych, którzy je mają” (Max Eggert). To bardzo ważne spostrzeżenie, gdyż uświadamia, że, co potoczne i pospolite, niekoniecznie musi oznaczać normę bezwzględną. Wskazuje również, że jeśli sędziowie sami nie określą celów swej kariery, zrobią to inni. Byli, są i będą to politycy, dla których słabe, uległe i niesprawne sądy, to idealną polityczną trampoliną.

Z wykonywaniem każdego zawodu, a z pełnieniem służby w szczególności, łączy się określony pakiet praw, ale i obowiązków, a nawet wyrzeczeń i poświęceń. Dostrzec można pewną korelację między prawami i obowiązkami, na zasadzie im więcej praw, tym więcej obowiązków i poświęceń. Zawód sędziego niekoniecznie musi poddawać się tym samym regułom, co większość profesji. Co go odróżnia od innych? NIEZALEŻNOŚĆ I NIEZAWISŁOŚĆ. Wokół tych desygnatów sędziowskiej służby powinien być budowany model kariery sędziego.

Systemowe ukierunkowanie sędziów na awans, który sam w sobie nie jest niczym złym, w sądownictwie oznacza – parafrazując Monteskiusza – że „cnotą i sprężyną” właściwego funkcjonowania sądów przestaje być niezależność sędziego, a staje się awans. Celem kariery sędziego nie jest sędziowski kunszt, a funkcje administracyjne. Kunszt nie podlega stopniowaniu, nie można go zhierarchizować w przeciwieństwie do administracyjnych funkcji. 

Niezależność przez zastraszanie i dyskredytowanie

Warto zwrócić uwagę, że tzw. reforma jest ukierunkowana na wymianę jednych sędziów przez innych. Jej środkiem są awanse rozdawane na prawo i lewo przez Ministra Sprawiedliwości - za kunszt sędziowski, niezależność, dorobek, postawę etyczną? Warto zastanowić się, dlaczego politykom, tak zależy na wymianie sędziów? Gdyby byli oni w pełni - systemowo rzecz biorąc – niezależni, to cała operacja pod kryptonimem „wymiana” odbiłaby się jak „bańka mydlana” o mur. Muru nie napotkano, akcje przeprowadzono z całą bezwzględnością. Dlaczego? By sądy były niezależne, sędziowie niezawiśli, a obywatele zadowoleni ze sprawnie i rzetelnie działającego sądownictwa?

Na podstawie użytych środków: dyskredytowanie środowiska sędziowskiego, zastraszanie postępowaniami dyscyplinarnymi, awansowanie sędziów, którzy nie wytykają rządzącym zamachu konstytucyjnego, mrożenie prawie 1000 etatów, ograniczanie budżetu w sądownictwie, czy to są metody budowy silnego i niezależnego sądownictwa?

Na podstawie przeprowadzanej tzw. reformy widać idealnie, jak awanse w sądownictwie umożliwiły całkowite podporządkowanie władzy sądowniczej władzy wykonawczej. Władza wykonawcza zła? Oczywiście, ale nie byłaby taka, gdyby z udziałem sędziów nie mogła realizować najbardziej niedorzecznych i szkodliwych zamierzeń. Doszliśmy do momentu, w którym interesy części sędziów stały się zbieżne z interesami politycznymi, gdyż te ostatnie umożliwiły im karierę w potocznym rozumieniu. Jak możliwa była koalicja polityków i sędziów, którzy za cenę awansu gotowi byli i są poświęcić trójpodział władzy w państwie?

Dlaczego sędziowie poddają się władzy Ministra Sprawiedliwości?

Aby zrozumieć rzeczywistość musimy cofnąć się do dnia 22 grudnia 2009 r. To dzień, w którym sędzia Dariusz Wysocki opublikował artykuł Sądy: niesprawiedliwość w sprawiedliwości. Inspiracją do dokonanej analizy i diagnozy był ówczesny pucz w Iustitii, który stał się papierkiem lakmusowym stanu atrofii podstawowego szczebla sądownictwa w Polsce, który, jak pisał Pan sędzia „pogłębiał się wprost proporcjonalnie do dzieła wznoszenia pałaców wymiaru sprawiedliwości na szczytach władzy sądowniczej. Chodzi w istocie o to, że z udziałem elit ministerialno-sądowniczych w wolnej Polsce wykopana została głęboka przepaść między szarym stanem sędziowskim a jego piękną emanacją. Nastąpiło to poprzez stworzenie określonych mechanizmów prawnych, finansowych i organizacyjnych oraz przez nieodpowiednią politykę kadrową. Ów parytet tworzą z jednej strony nieliczni szczęśliwi i bogaci w wieżach z kości słoniowej (sędziowie wojewódzkich sądów administracyjnych oraz sądów apelacyjnych), a z drugiej liczni przygarbieni biedni na przedmieściach sprawiedliwości, a w zasadzie – na co wychodzi – niesprawiedliwości. Skoro są bowiem atroficzni, to w domyśle: sprawiedliwości sprawować dobrze nie potrafią”.

Elity w Polsce zignorowały ten tekst i wszystko, co się po nim działo. A działo się wiele, jak pisał dalej sędzia D. Wysocki podział na szczęśliwych bogatych i przygarbionych biednych jeszcze bardziej się pogłębiał zapisanym „w ustawie podziałem na mądrych szkolących i głupich szkolonych oraz na wywyższonych oceniających i poniżonych ocenianych. Od tego momentu miałoby nie mieć już znaczenia, co wart jest sędzia, jego wysiłek intelektualny i trudna praca orzecznicza, dorobek piśmienniczy i dydaktyczny. Liczyłoby się w ilu szkoleniach prowadzonych przez pałacowych uczestniczył i jaką laurkę wystawili mu pałacowi, którzy zamiast zająć się wymiarem sprawiedliwości, poświęciliby się, w jeszcze większym niż dotychczas stopniu, nieposuwającej sądów naprzód pisaninie”.

Niewtajemniczonym należy wyjaśnić, że chodziło o powołanie Krajowej Szkoły Sądów i Prokuratur, zmonopolizowanie systemu kształcenia sędziów przez tę szkołę (jakby zestawienie wiedzy z monopolem dydaktycznym nie było wewnętrznie sprzeczne) oraz o wprowadzenie systemu ocen okresowych, których efektem był lawinowy wzrost stanowisk sędziów wizytatorów. To były lekarstwa na ówczesną diagnozę krytycznego rozwarstwienia środowiska sędziowskiego. To jednak, co najbardziej imponuje w przytaczanym artykule, to nie celna diagnoza, ale zdolność przewidywania, jak to się wszystko zakończy. Pan sędzia stwierdził mianowicie „doły radykalizują się wtedy, kiedy zakłócenie naturalnego porządku, ignorancja i niesprawiedliwość zaczynają przekraczać granice wyobraźni”. Szkoda, że elity i wielu innych sędziów reprezentujących nurt sędziów pałacowych w porę nie dostrzegli rodzących się trendów i ich przebiegów. Ofiarą zapatrzenia w siebie są nie tylko sądy i obywatele, ale także i sędziowie.

Czy głos Pana sędziego był jedynym wołaniem w puszczy? Otóż nie. Było ich wiele w tamtym gorącym sprzed dziesięciu laty okresie. To wtedy rodziła się rewolucja, którą – jak się teraz okazuje – jedynie uśpiono na jakiś czas.  Sądowe doły długo czekały, aż się doczekały Ministra Sprawiedliwości, który pomógł im powstać i w niedalekiej przyszłości rozliczyć tzw. „pałacowych”. Rewanżyzm historyczny weźmie górę nad rozsądkiem. Koszty nie odgrywają i odgrywać nie będą roli.  Rewolucja nie liczy kosztów i ofiar.

Na naszych oczach dokonuje się rewolucja. Podstawą każdej rewolucji jest wieloletnie zamknięcie na nawarstwiające się problemy społeczne i zgubne założenie, że ma się wszystko pod kontrolą, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Rewolucja to w istocie rozwarstwienie społeczne, które sięga zenitu. Jest reakcją na długoletnie samozadowolenie i samouwielbienie kanapowych elit, czego kulminacją był nadzwyczajny kongres prawników, ze słynną kwestią o „kaście nadzwyczajnych ludzi”. Tego nie wymyślili rewolucjoniści.

O niezależności sądów napisano niezliczoną ilość elaboratów, a wszystko pękło jak bańka mydlana. Dlaczego? Może nie było treści i analizy w tym, co wypisywano. Czy nie była to odmiana słowa niezależność przez wszystkie przypadki. Dlaczego przez lata nie łączono niezależności i niezawisłości z prawem do sądu? Przez wszystkie lata poprzedzające rewolucję samo stawianie problemów było obrazą dobrostanu elit, które wykreowały bardzo wąskie ramy politycznej poprawności. Nie było miejsca na kwestionowanie, a co dopiero na krytykowanie przyjętych rozwiązań funkcjonowania sądownictwa. Przecież niezależności sądów i niezawisłości sędziowskiej strzegła Krajowa Rada Sądownictwa. Jak strzegła, i że nie ustrzegła, to już wiemy.

Niezawisłość, a cóż to takiego bez niezależności?

Podstawą funkcjonowania sądownictwa jest pisana dużymi literami NIEZALEŻNOŚĆ sądu, jak i sędziów. Trudno mówić o niezależnym organie bez niezależnych ludzi go tworzących. Niezawisłość sędziowska w języku angielskim jest wyrażana jako judicial independence, czyli niepodległość sędziego w myśleniu i działaniu. Niezależność sędziego, to nie tylko niezależność od innych władz, ale także i od innych sędziów. Nie bez przyczyny jeden z najwybitniejszych filozofów nowożytnej Europy Alexis de Tocqueville (Dawne rządy i rewolucja, 1856) stwierdził, że być sędzią, to być nieusuwalnym i nie chcieć awansować. „Są to dwa warunki niezbędne do niepodległości sądu. Cóż po tym, że sędzia nie ulega przymusowi, skoro można na niego podziałać widokami korzyści? Służalczość wobec władzy jest najgorszą formą sprzedajności wobec władzy”.

Władza kusi i zniewala. Potwierdza to dobitnie Antykorupcyjna agenda Rady Europy (GRECO), która we wstępnym raporcie o wymiarze sprawiedliwości w Polsce stwierdziła wprost „Zmiany wprowadzone w 2017 r. do ustaw o Sądzie Najwyższym, Krajowej Radzie Sądownictwa i sądach powszechnych nie są zgodne ze standardami antykorupcyjnymi". Czterdziestoprocentowy dodatek w Izbie Dyscyplinarnej SN, dodatki funkcyjne w sądach powszechnych, diety w KRS kuszą i zniewalają niektórych sędziów. Bez znaczenia jest, czy jest ich 10, 20 czy 100 na 10 tys. Jest ich wystarczająco dużo, aby ziścił się sen niektórych polityków o powrocie do radzieckiej doktryny sądów realizujących politykę państwa. Co ważniejsze, system zapewnia stałe ich odradzanie.

Można zaryzykować stwierdzenie, że nie ma złych sędziów, zły może być system, w którym funkcjonują. Bynajmniej stwierdzenie to nie „rozgrzesza” środowiska sędziowskiego z licznych wad i przywar. Otwarte pozostaje jednak pytanie, skąd się biorą „czarne owce”. Skupienie uwagi na ludziach prowadzi do bezprecedensowej wymiany prezesów, składu Krajowej Rady Sądowniczej i sędziów Sądu Najwyższego. Walka z ludźmi, to walka z wiatrakami.

Sędziowie, na których „podziałały widoki korzyści” są systemowym wytworem, ukształtowanym według zadekretowanego monopolu na kształcenie sędziów, w którym konstytucją jest Prawo o ustroju sądów powszechnych z wiodącą rolą Ministra Sprawiedliwości na ustrój i organizację wymiaru sprawiedliwości. Jeśli ONI nie przyjmą awansów, to w ukształtowanym „od zawsze” systemie, w którym minister dzieli i rządzi, a ostatnio dzieli i rządzi absolutnie, znajdą się chętni do spłaty kredytu we frankach, posłania dzieci na studia, objęcia wysokiego stanowiska, służenia ojczyźnie itp. Motywacja zawsze znajdzie usprawiedliwienie. W jednobrzmiących w Rzeczpospolitej wywiadach z nominatami do KRS rozbrzmiewały te same nuty. Wiara i posłuszeństwo legalnie wybranej władzy, jakby legalizm oznaczał posłuszeństwo a nie działalnie w granicach i na podstawie prawa. Już na tej podstawie widać konstytucyjne braki, ale czy przez ostatnie dziesięciolecia ktoś zadbał o to, aby tych braków nie było?

Można uwagę skupić na czarnych owcach, ale także można likwidować źródła ich jestestwa, czyli genezy serwilizmu wobec władzy, która jest immanentną częścią systemu.

Jakich chcemy sędziów?

Wszyscy zgadzamy się z Panią Profesor Ewą Łętowską, że sędziami powinny być osoby: najlepsze, najmądrzejsze, najbardziej wykształcone, najporządniej myślący. „Rolę sędziego w cywilizowanym państwie mają pełnić tylko ludzie o najwyższych walorach, kwalifikacjach fachowych i etycznych, otwarci na problemy współczesnego świata, swobodni myślowo i moralnie, pewni swych racji i gotowi do ich obrony, w pełni świadomi zawodowo i kulturowo, niezależni materialnie, słowem - w pełni niezawiśli”. Jednocześnie udajemy, że wzorzec taki jest możliwy poprzez rekrutację do zawodu sędziego ludziach młodych, bez dorobku, nie tylko materialnego, po ukończeniu szkoły pod protektoratem polityków, którzy w imieniu społeczeństwa łożą grube miliony na ich kształcenie, co już samo w sobie rodzi dziękczynne zobowiązania.

Słowa Pani Profesor w istocie ujawniają naturalną wizję sędziego, jako „ukoronowanego” prawnika, bo jak inaczej posiąść i wykazać następnie te wszystkie pożądane cechy określane mianem nieskazitelności charakteru. Powołanie na stanowisko sędziowskie, jako nagroda za rzetelność i prawość w dotychczasowej działalności, wyklucza awanse w sądzie, a jednocześnie rozwiązuje problem serwilizmu wobec władzy.

Zawód sędziego zamiast ukoronowania profesji prawniczych jest ciągle jej początkiem. „Trzymanie się dotychczasowego modelu kariery sędziowskiej, mimo wyraźnego impulsu do jej zmiany, jakim było orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego, stwierdzającego niekonstytucyjność instytucji asesora, musi budzić sprzeciw. System niekończących się testów, warunkujących powołanie sędziego, jest w stanie sprawdzić najwyżej stan wiedzy kandydata, ale już nie zasób jego umiejętności, nie mówiąc już o postawie, jaka winna cechować sędziego. Umiejętności zdobywa się przecież wraz z gromadzeniem doświadczenia; rzeczywista postawa może być oceniana w wyniku wielu lat obserwacji w różnych sytuacjach zawodowych i życiowych, ale z pewnością nie w oparciu o… ankietę policyjną, do jakiej sprowadza się w niektórych przypadkach ta procedura dziś” (J. Stępień: Perspektywy wymiaru sprawiedliwości, 2010 r.).

Gdyby zawód sędziego był otwarty na ludzi z doświadczeniem i dorobkiem, bez zobowiązań wobec władzy, nie drżelibyśmy dzisiaj o demokrację i trójpodział władzy w państwie. Cóż bowiem władza mogłaby zaofiarować „ukoronowanemu” prawnikowi, który zdobył szczyt kariery, ale nie możliwości prawniczych, a do tego z klasą, obyciem, wiedzą, doświadczeniem i dorobkiem? Sprowadzając sprawę do parteru: ze spłaconymi kredytami, wybudowanymi domami i dziećmi na studiach.

Mrzonką jest odwoływanie się do niezależnych sądów, bez niezależnych sędziów. W Polsce dokonuje się sztucznego rozdziału poprzez wyróżnienie niezależnego sądu i niezawisłych sędziów. Niezawisłość tymczasem jest synonimem niezależności, niepodlegania nikomu, nienależenia od nikogo1. Rozróżnienie terminologiczne niezawisłości od niezależności sprawia, że w Polsce mamy do czynienia z dość bałamutnym myśleniem, a mianowicie, że sędzia jest niezawisły na rozprawie, kiedy sądzi, a jak wychodzi z sali rozpraw, to niezawisły być przestaje, czyli staje się zależny. To tak jakby osobowość i charakter człowieka oceniać z punktu widzenia okoliczności, miejsca, uwarunkowań, w których się znajduje. Bałamutność tego myślenia polega na próbie pogodzenia serwilizmu (zależny poza rozprawą) z niezależnością (na rozprawie). Warto dodać, że konstytucja niezawisłość łączy nie z miejscem i czasem a z pełnionym urzędem.

Korona zawodu jest wizją trudną do zrealizowania. Jej realizacja musi być rozpisana na lata. Wymaga przebudowy całego systemu, a pierwsze efekty pojawią się dopiero po paru latach. Czy stać nas na cierpliwość? Pytanie byłoby pozbawione sensu, gdyby przygotowany przez rząd Jerzego Buzka projekt głębokiej nowelizacji ustroju sądów powszechnych - idący w kierunku korony zawodów prawniczych - przez następcę Hanny Suchockiej nie został wyrzucony do kosza. Dzisiaj widzimy, dlaczego tak się stało? W przeciwnym razie wizja sędziego o mentalności służebnej wobec państwa i jego politycznych funkcjonariuszy, rodem z Rosji radzieckiej nie byłaby możliwa do zrealizowania. Szkoda również, że wyrok TK o niekonstytucyjności asesury został doszczętnie zmarnotrawiony. Były to dwa jedyne momenty zwrotne w sądownictwie, które dawały nadzieję na reformę sądownictwa. Inne podejmowane inicjatywy stwarzały jedynie iluzję zmian bez ruszania fundamentów. Może warto spróbować jeszcze raz, by z regularnością 5 – 10 lat nie wyrastał nam polityk, którego droga na polityczne szczyty wiedzie przez Ministerstwo Sprawiedliwości.

Rodzi się pytanie, dlaczego tkwimy w systemie, który skazany jest na łaskę egzekutywy, który przez to nie gwarantuje nam – sędziom i obywatelom, nie tylko sprawności i rzetelności, ale również i systemowej niezależności sądów i sędziego. Zdani jesteśmy na „widzimisię” egzekutywy i bezradność programową sędziów, dla których Prawo o ustroju sądów powszechnych, de facto stanowiące wynaturzenie rozwiązań sprzed prawie stu lat, stanowi intelektualny horyzont w myśl zasady system tak, wynaturzenia nie. Złudność tego hasła sprzed lat polega na tym, że wynaturzenia są konsekwencją działania systemu.

Jacek Ignaczewski

Za tydzień (zawsze w czwartek) sądownictwo kontynentalne – skąd wziął się ten upiorek?

 

Data publikacji: 2018-04-12
Strona wykorzystuje pliki cookies. Możesz zablokować cookies zmieniając ustawienia w Twojej przeglądarce. Przeczytaj więcej o cookies lub ukryj ten komunikat x