Podnosimy wymiar sprawiedliwości z kolan. Część II Hybryda sędziego kontynentalnego

Podnosimy wymiar sprawiedliwości z kolan. Część II Hybryda sędziego kontynentalnego

Omnipotencja polityczna nie ma zastosowania do rozporoszonego sądownictwa powszechnego sprawującego wymiar sprawiedliwości codziennie, a nie tylko od święta. Trzeba stawiać na sędziego a nie na centralne "pałace sprawiedliwości.

Sędzia, jako reprezentant władzy sądowniczej, czy urzędnik? Pytanie wydaje się pozbawione sensu. Większość bez wahania odpowie, że  reprezentant władzy. Urzędnicy tworzą hierarchię, podległości i zależności. Sędzia podlega tylko konstytucji i ustawom, skąd zatem w sądownictwie hierarchie, podległości i zależności? Dlaczego w systemie opartym na podziale i równowadze władzy, władza sądownicza jest zależna od władzy wykonawczej. Minister tworzy i znosi sądy, powołuje i odwołuje prezesów, deleguje i wyznacza sędziów na różne stanowiska, wpływa na kształt i kierunki sędziowskich karier. To tylko przykłady zależności, które pozwalają na umiejscowienie sędziego zdecydowanie bardziej po stronie urzędniczej niż władzy w państwie.

Nawet w obowiązującej konstytucji mowa jest o sprawowaniu przez sędziego urzędu, a nie o wykonywaniu władzy sądowniczej. Próżno szukać odniesień do władzy sądowniczej w Prawie o ustroju sądów powszechnych. Cały akt prawny zdominowany jest urzędniczym podejściem do pracowniczego stosunku pracy sędziego, włącznie z osłonami socjalnymi, funduszem świadczeń socjalnych, wczasami pod gruszą i zapomogami na zorganizowanie świąt. Zgodnie i bezrefleksyjnie przyjmuje się, że sędziowie są pracownikami. Uwadze wszystkich przeszło orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego z dnia 12 grudnia 2012 r. (K 1/12), w którym Trybunał skonstatował, że „status piastunów władzy sądowniczej wymaga stworzenia bardziej właściwego do ich roli stosunku służbowego”. W orzeczeniu podkreślono, że „możliwość różnych interpretacji istotnych elementów stosunku służbowego sędziego dowodzi pilnej potrzeby nadania temu stosunkowi, w sposób konsekwentny i kompletny, wszystkich cech stosunku publicznoprawnego łączącego sędziego z państwem” jako takim, a nie z prezesem, czy ministrem sprawiedliwości. Sygnał był jasny, ale został zupełnie zignorowany nie tylko przez judykatywę i egzekutywę, ale również przez samych sędziów.

Nie da się zestawić słów: niezależny urzędnik, to oczywiste, ale dlaczego próbuje się to robić od czasów odrodzenia sądownictwa w Polsce, tj. od równo 100 lat.

Niezwyciężone dziedzictwo zaborów

Odpowiedź na postawione powyżej pytanie odnajdujemy w artykule Jerzego Stępnia, Niezwyciężone dziedzictwo zaborów. słowa autora są kluczem do zrozumienia istoty dychotomii, w której tkwimy, dlatego też przytoczone zostaną in extenso.

„Nasi zaborcy, to były państwa absolutystyczne. Dla cesarza sędzia to wyłącznie „usta ustawy” – wykonawca rozkazów światłego władcy, zawartych już pod koniec XVIII w. opasłym kodeksie, regulującym na nowo wszystkie dziedziny życia. Tu doświadczenie i wiedza sędziego, szczególnie ta przedkodeksowa, jest mało przydatna, co więcej – może być negatywnym bagażem utrudniającym właściwe odczytanie myśli kodeksodawcy.

Fryderyk Wielki tworzy dla zrealizowania swojej wizji państwa specjalny stan, w którym: „(…) mieszczanin nadal jest starannie odseparowany od chłopa; uznaje się natomiast istnienie między mieszczaństwem i szlachtą czegoś w rodzaju klasy pośredniej: składa się ona z wysokich urzędników nieszlacheckiego pochodzenia, z duchownych, z profesorów szkół wyższych, gimnazjalnych i uniwersyteckich. Wyodrębnieni z reszty stanu mieszczańskiego nie zostali oni bynajmniej włączeni do szlachty; przeciwnie, ich kondycja jest w stosunku do szlacheckiej niższa.

Nie mogli na ogół kupować dóbr rycerskich ani zajmować w służbie publicznej najwyższych stanowisk. Nie byli też Hoffaehig, czyli nie mogli pojawiać się na dworze, chyba wyjątkowo i zawsze bez rodzin” (A. de Tocqueville, op. cit., s. 235.).

W tej grupie znaleźli się, oczywiście, także sędziowie. Do dziś w Niemczech sędziami zostają zwycięzcy prawniczych egzaminów państwowych, którzy mają przywilej rozpoczynania kariery właśnie w sądownictwie. Studia prawnicze mają kandydatów na przyszłych sędziów nauczyć – w tym modelu – poprawnego logicznego rozumowania oraz technik interpretacji przepisów – reszta jest przecież zapisana w kodeksach obejmujących niemal całą przestrzeń prawa.

Na terenie zaboru rosyjskiego obowiązywał od 1807 r. już wprawdzie Kodeks Napoleona, chętnie przyjęty na terenie Księstwa Warszawskiego przez nasze ówczesne elity, w tym samym też roku zaczęła działanie nawet prywatna szkoła prawa, której zadaniem było przygotowywanie młodzieży i tym samym przyszłych urzędników i sędziów do stosowania tego kodeksu (da ona już w 1816 r. początek Uniwersytetowi Warszawskiemu), ale nowe prawo francuskie, choć pochodzące nie od zaborcy, ale od mniemanego wyzwoliciela, było przecież takim samym wytworem epoki jak wielkie kodyfikacje pozostałych dwóch zaborców. W istocie absolutystyczny duch był ten sam i nic dziwnego, że wykwit zachodniego centralizmu nie przeszkadzał już w Królestwie Polskim carów. Przeciwnie – doskonale wplatał się w państwową wizję wschodniego zaborcy.

Wszystkie zatem drogi jakimi szedł kraj w XIX w. prowadziły do wykształcenia się urzędniczego modelu kariery sędziowskiej, z wszystkimi jej atrybutami, w postaci awansów, nadzoru rządowego nad sędziami, systemem płac, budżetowaniem itd. W ten sposób powoli przyzwyczajaliśmy się historycznie do całkowicie odmiennej roli i pozycji sędziów, wybieranych np. do Trybunału Koronnego na roczne kadencje na specjalnych sejmikach deputackich – już od 1578 r., aż po kres I Rzeczypospolitej. Warto przy okazji odnotować, że z tą chwilą, na blisko 200 lat przed Oświeceniem, wykształciła się w rodzimej państwowości idea sądownictwa oddzielonego od pozostałych władz.

Nie chcę przez to nawoływać na powrót do idei sędziów z wyboru, choć – jak wiadomo – zakorzeniła się ona silnie w Stanach Zjednoczonych. Chciałem tylko zwrócić uwagę na ten epokowy zwrot jaki dokonał się w XIX w. w postrzeganiu roli i pozycji sędziego, utrwalony w międzywojniu i chętnie wpisany w nowy porządek niesuwerennej państwowości (…) w czasach PRL.

Nic zatem dziwnego, że tak trudno nam wszystkim przezwyciężyć teraz tę historyczną, obcą nam naleciałość w postaci instytucji sędziego zbudowanej na modelu kariery urzędniczej. Niektórym wydaje się ona jedynie możliwa i to tego stopnia, że nie wyobrażają sobie, by mogło być inaczej. Stąd pomysły na dobieranie kandydatów na sędziów w drodze testów, centralne kształcenie ich przez rządową instytucję, (…) niedorzeczny pomysł wprowadzania tzw. ocen okresowych, konieczny oczywiście, ale w korpusie służby cywilnej, no i istne kuriozum, jakim jest rządowy nadzór nad sędziami, sprawowany przez innych sędziów, ale funkcjonujących w ramach rządu (…) Konstrukcja sędziego-urzędnika umożliwiała, a wręcz zachęcała do powierzania mu licznych obowiązków o charakterze administracyjnym. Stąd sądowe rejestry różnego rodzaju podmiotów działających na rynku, czy to w sferze publicznej, ale także księgi wieczyste. Dokonywane w nich wpisy mają przecież zdecydowanie więcej cech prostych aktów administracyjnych niż materii orzeczniczej”.

Rejestry, księgi wieczyste, ochrona prawna mnożą sprawy sądowe, które pokonują kolejne bariery wpływu. 5, 10, 15 milionów spraw rocznego wpływu robi wrażenie, ale ile w tym jest wymiaru sprawiedliwości z prawdziwego zdarzenia? Urząd, do tego zbiurokratyzowany, wymaga mnożenia urzędniczych etatów sędziowskich. Etatyzacja sądownictwa nie ma nic wspólnego z jego efektywnością. Dla porównania za J. Stępniem (op. cit) Wlk. Brytania ma 2 tys. sędziów, Japonia - 3 tys., 3 i półmilionowa Irlandia – 150. Odnosząc się do wielkości populacji w tej ostatniej powinniśmy ich mieć nie więcej niż 1600. W statystykach sędziowie w Polsce i w Europie skrzętnie przemilczają te dane, jak również analizy porównawcze sprawności i rzetelności systemu kontynentalnego z anglosaskim. Odwołują się do prawodawstw obciążonych tym samym grzechem absolutyzmu. Idealnie problem sygnalizuje opisywana w Imponderach sprawa Madoffa, skazanego w Ameryce na 150 lat po pół roku postępowania. W Polsce zostałby skazany na pół roku po 150 latach procesu. Statystyczny sędzia w Polsce od razu powie, że u nas nie ma przepisów, że procedura, że się przyznał itd. To wszystko nie ma znaczenia. Jest ucieczką od problemu i odpowiedzią na zasadnicze pytanie, dlaczego tam można, a u nas – w kontynentalnej Europie, nie.

Na wspólne korzenie wskazują tożsame problemy. Nierównomierne obciążenie pracą sędziów, wielostopniowa struktura, nieobsadzone wakaty, permanentne zaległości, utyskiwania sędziów pierwszoinstancyjnych, pośrednie, klasowe umiejscowienie sędziego, pomiędzy reprezentantem władzy w państwie (w aspekcie aksjologii), a urzędnikiem od załatwiania spraw (w aspekcie praktycznym), rozbudowanie biurokratycznych struktur, reformowanie systemu poprzez dokładanie i poszukiwanie nowych zadań, instytucji, funkcji według tego samego schematu: im wyżej w strukturze organizacyjnej, tym bliżej sędziom do władzy i przywilejów, a im niżej – do etatowego urzędnika. To tylko przykłady powszechnych bolączek systemu kontynentalnego. To, że w Niemczech, we Francji, w Hiszpanii jakoś to wszystko funkcjonuje, nie jest argumentem do naśladownictwa, skoro może prowadzić do utylitaryzmu, oportunizmu, koniunkturalizmu i serwilizmu wobec władzy, a więc tego wszystkiego, co wyklucza idę wymierzania sprawiedliwości.

 Mutacje dziedzictwa zaborczego

To, co odróżnia nasz system sądowniczy od innych kontynentalnych, to stuletnie mutacje „odziedziczonych” zasad organizacji wymiaru sprawiedliwości. Wynikają one z braku poszanowania idei podziału władzy w państwie, wyrugowanej z naszej zbiorowej, narodowej świadomości przez ….absolutystycznych władców.

W skrócie rzecz ujmując, po odzyskaniu niepodległości i przejęciu sądownictwa z doby monarchii absolutnych, praktycznie rzecz biorąc bez zawodowej kadry sędziowskiej i zaplecza materialnego, z mozołem przystąpiono do budowy sądownictwa w Polsce. Proces ten został przerwany już z początkiem lat 30. Zamach majowy, sanacja doprowadziły do przejęcia Sądu Najwyższego (usunięcie Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego Władysława Seydy, Prezesa Izby Karnej Sądu Najwyższego Aleksandra Mogilnickiego oraz takich sędziów Sądu Najwyższego, jak: O. Szeller,L. Mendelsburg, F. Ochimowski, W. Barański, M. Fedyńskido). Po sanacyjnym demontażu zrębów niezależności sądów, nastał czas procesów politycznych z finałem w Berezie Kartuskiej, po której nastała okupacja. Potem był okres PRL-u, w którym wyrugowano ideę trójpodziału władzy. Sejm, a nie konstytucja, ucieleśniał najwyższe prawo. Niezawisłość sędziowska pojmowana była zgodnie z doktryną radziecką, w której sąd, jako organ państwa, nie może być niezależny od podmiotu, do którego przynależy. Dzisiaj reminiscencją tak rozumianej niezawisłości jest stwierdzenie posła rządzącej partii o „mentalności sędziego służebnej wobec państwa i narodu”. Pokazuje to, jak istotne jest dziedzictwo kulturowe i cywilizacyjne na kształtowanie bieżącej polityki i kierunków reform. W istocie mamy do czynienia ze sporem o dziedzictwo. Czy ma być nim spuścizna sanacji i PRL-u, która sprowadza sędziego do roli karykatury o służebności mentalnej, czy też dorobek kultury zachodniej (nie tylko kontynentalnej), w której sądy są równorzędną, niezależną i odrębną władzą od pozostałych.

Na wagę przeszłości w kształtowaniu teraźniejszości wskazuje również porównanie doby międzywojennej z czasem po roku 1989. Okresy te niemalże pokrywają się ze sobą. I wówczas, i w czasach współczesnych najpierw mieliśmy chwile idealistycznej wizji niezależności, której nic i nikt nie zaneguje, stąd zaniechanie działań prewencyjnych, po czym nastała, wczoraj sanacja, a dzisiaj dobra zmiana. Nieuchronność dziejowa wskazuje, że tworzona izba dyscyplinarna w SN wypełni rolę Berezy Kartuskiej, chyba że zdołamy oderwać się od koszmaru przeszłości, który bezrefleksyjnie ugruntowywały wszystkie dotychczasowe ekipy rządzące, do czasu aż przyszedł walec dobrej zmiany i wszystko wyrównał. Paradoksalnie w tym jest szansa.

 Jaka piękna katastrofa

Niewątpliwie istniejąca ruina wymiaru sprawiedliwości wymaga odbudowy, co na pewno nastąpi, ale otwartą kwestią pozostaje według jakich wzorców? Kontynentalnych z sędziami urzędnikami wykształconymi w rządowych szkołach, z których tylko niektórzy po latach staną się sędziami par excellence, czy też pójdziemy drogą anglosaską, w której sędziowie nie są trzecią w kolejnością władzą, ale władzą równorzędną!

O ile system anglosaski poszedł w kierunku pozycji sędziego, jako reprezentanta równorzędnej władzy w państwie, system kontynentalny, realizujący konsekwentnie ideę niezależnego urzędnika, dostrzegając problem trójpodziału władzy w państwie, dokonał podziału na przedsionek wymiaru sprawiedliwości w instancjach niższych, gdzie nota bene rozstrzyganych jest ponad 95 % spraw i pisany dużymi literami wymiar sprawiedliwości w instancjach wyższych i najwyższych. Powołano centralne organy do strzeżenia praworządności i niezawisłości – Trybunały Konstytucyjne, Centralne Rady Sądownicze. Ostatnie dwa lata pokazały, że było to złudne i nie stanowi zabezpieczenia przed autorytaryzmem i totalitaryzmem. Nie chcę powiedzieć, że z takim rządami mamy już w Polsce do czynienia, ale niewątpliwie, czy takie rządy powstaną, zależą od jednego człowieka umiejscowionego na dodatek poza konstytucyjnymi strukturami w Państwie. To dość ryzykowny eksperyment, z którego muszą być wyciągnięte wnioski, nie tylko w Polsce.

Polityczna omnipotencja, której jesteśmy świadkami, pokazuje wyraźnie, że centralne i naczelne organy sądowe w starciu z bezwzględną polityką nie mają szans. Arytmetyka sejmowa jest bezlitosna. Politycy uznali, że 79 sądów jest zbędnych, to je znieśli, a kiedy doszli do przeciwnego wniosku – przywrócili. Chcieli rozdzielenia funkcji Ministra Sprawiedliwości od Prokuratora Generalnego, to rozdzielili. Wymyślili powrotne połączenie, to połączyli. Nie podobał się skład TK, to go zmienili, tak samo jak zmienili skład Krajowej Rady Sądownictwa i w niedalekiej przyszłości zmienią skład Sądu Najwyższego.

Na przeszkodzie w realizacji politycznego nihilizmu stanęli sędziowie sądów powszechnych, poniewierani przez lata i niedoceniani, na których zawsze sądowi notable patrzyli z manią wyższości.  To oni dzisiaj, a nie dostojnicy z Trybunału Konstytucyjnego, Krajowej Rady Sądowniczej stoją przed koniecznością uratowania nie tylko wymiaru sprawiedliwości, ale także praw i wolności obywatelskich, ustroju państwa, kompromisu społecznego. To od ich postawy zależy, czy pierwowzorem wymiaru sprawiedliwości staną się sejmowe komisje śledcze, bez domniemania niewinności, szacunku i godności, praw procesowych uczestników postępowań sądowych. Komisje te odsłaniają polityczną wizję wymiaru sprawiedliwości, której należy się przeciwstawić wszelkimi możliwymi sposobami. Środkiem do tego nie są z pewnością nadzwyczajne kongresy, wygłaszanie elaboratów na temat wyższości stanu sędziowskiego nad innymi, podejmowanie anonimowych uchwał przez stowarzyszenia sędziowskie. Sędziowie potrzebują wsparcia, gdyż jako wykształceni urzędnicy do załatwiania spraw, stanęli przed zadaniem, do którego nie byli przygotowani. Doniesienia prasowe wskazują jednak, że zaskakująco dobrze się czują w tej innej, wielkiej i dziejowej roli, jako strażnicy ładu konstytucyjnego. Rozproszona kontrola konstytucyjna stała się faktem. W tej materii sędziowie wymagają bezwzględnego wsparcia, gdyż każda kontrola niesie za sobą ryzyko wydalenia ze służby w niedalekiej przyszłości. Mimo to podejmują ryzyko. Chwała im za to. Wydarzenia te, pokazują, że omnipotencja polityczna nie ma zastosowania do rozporoszonego sądownictwa powszechnego sprawującego wymiar sprawiedliwości codziennie, a nie tylko od święta.

Postawa sędziów najniższych instancji w obliczu upadku „sądowych pałaców” pokazuje wzorem anglosaskim, że warto stawiać na sędziów, a nie na instytucje, a najlepiej na jedno i drugie, niczego nie zaniedbując.

 Płomień wolności

Wydarzenia ostatnich dwóch lat pokazały ponad wszelką wątpliwość, że system wymiaru sprawiedliwości, oparty na obcych wzorcach skorodował do nieakceptowalnych granic. Istniejący kryzys ujawnił duży potencjał świadomości konstytucyjnej wśród sędziów. Okazało się, że budowany przez lata mur dzielący sędziów i społeczeństwo, pozbawiony był podstaw i sensu. Dialog z obywatelami, nie tylko nie zaprzepaszcza zasadzie bezstronności, ale wzmacnia ją poprzez budowanie zaufania do sędziów i sądów. Nic, tak jak zaufanie, nie legitymizuje władzy sądowniczej w świadomości społecznej. Proces ten dopiero się narodził. Jest jak ziarno rzucone na glebę. Sędziowie gremialnie odrzucają radziecką służebność mentalną wobec państwa i jego politycznych funkcjonariuszy, to krok we właściwym kierunku. Trzeba jednak iść dalej i głębiej w poszukiwaniu odpowiedzi na pytania: kim jesteśmy i jaka jest geneza struktur, w których przyszło nam funkcjonować.

O paradoksie, doprowadzenie do stanu karykatury systemu kontynentalnego, może być siłą sprawczą przyszłej reformy, jeśli uświadomimy sobie, że system, w którym funkcjonujemy jest zapożyczony i wynaturzony. Wymusza to potrzebę poszukiwania nowych rozwiązań, opartych nie na obcej tradycji, ale na zdrowym rozsądku przy wykorzystaniu postępu nauki, jak choćby teorii zarządzania. O tym, że jest to możliwe, wskazuje system holenderski - też kontynentalny, ale już bez dziedzictwa monarchii absolutnej, oparty na zarządzaniu, a nie nadzorze administracyjnym, także rodem z XIX w.

Jacek Ignaczewski

Ilustracje: Ślepym Okiem Temidy

polecamy część pierwszą: Podnosimy wymiar sprawiedliwości z kolan. Część I Awanse i hierarchie.

 

Data publikacji: 2018-04-19
Strona wykorzystuje pliki cookies. Możesz zablokować cookies zmieniając ustawienia w Twojej przeglądarce. Przeczytaj więcej o cookies lub ukryj ten komunikat x