Przyszedł walec i wyrównał

Przyszedł walec i wyrównał

Zamiast negacji dla samej zasady, lepiej przedstawiać merytoryczną alternatywę! Bez niej nie powstrzymamy walca. Krzyk i lament to emocje, a nie działanie.

Sejm przyjął ustawę nowelizującą ustawę Prawo o ustroju sądów powszechnych. Czy czyszczenie „stajni Augiasza” stało się faktem?

Kiedy czytam projekt zmian, nie dostrzegam niczego, co mogłoby uzasadniać mityczne skojarzenia. Oczywiście, że zmiany wywołają pewne perturbacje, ale jeśli nie dotykają fundamentów, to wszystko jest powierzchowne i nietrwałe. Takich WIELKICH reform było już parę. Przypomnę felieton Mamuta, w którym obecny Minister Sprawiedliwości został skalsyfikowany jako „tylko” Trzeci Najpopularniejszy Minister Sprawiedliwości w Trzecim Tysiącleciu. Dwaj poprzedni zapowiadali równie Wielkie Reformy. Co po nich zostało? – większe lub te same zaległości w rozpoznaniu spraw.

Stoimy w miejscu, o czym wykres wpływu i zaległości w topie niniejszego czasopisma jest wymiernym dowodem. Zwrócić należy uwagę, że w roku 2016 poziom zaległości w sądach przekroczył kolejną barierę zarządczej niekompetencji - 3 mln spraw i to przy nieznacznie zmniejszonym wpływie. Zapewniam wszystkim, że w roku 2018 w sprawozdaniu za rok 2017 Minister Sprawiedliwości wykaże znaczący postęp w niwelowaniu zaległości, co oczywiście będzie poczytane za sukces reformy, o której mówimy. Problem będzie polegał jednak na tym, że zmniejszenie zaległości nie będzie miało żadnego związku z przeprowadzaną tzw. reformą. Wynika to z prostej arytmetyki. Jeżeli przez cały czas 2016 r. do chwili obecnej minister zamroził ok. 400 etatów sędziowskich i odblokuje je po wejściu w życie ustawy, to pozytywny efekt być musi!

Według danych za rok 2015 statystyczny sędzia sądu powszechnego załatwia rocznie 750 spraw. Mnożąc tę wartość przez 400 odmrożonych etatów, otrzymujemy wynik 300 tys. rozpoznanych spraw więcej. W politycznym wymiarze, do wykazania sukcesu w ogóle nie musiało być nowelizowane Prawo o ustroju sądów powszechnych, ale bez nowelizacji nikt nie uwierzyłby w cud.

Do naprawienia instytucji, której podstawy funkcjonowania sięgają czasów zaborczych, nie wystarczy polityczny kunszt. Problemem nie jest nawet sama geneza, ale stuletnie mutacje „odziedziczonych” zasad organizacji wymiaru sprawiedliwości. W wielkim skrócie - zastrzegając, że chodzi o system, a nie sędziów – w 1918 roku nie mieliśmy NIC, ani sędziów, ani sądów, ani własnych doświadczeń i tradycji (nie licząc szlacheckiej). Już z początkiem lat 30 – tych ubiegłego stulecia kształtujące się sądownictwo rozpoczęło zmagania z ekspansją naprawczą sanacji, której kulminacja symbolicznie zakończyła się w Berezie Kartuskiej. Potem nastąpił czas okupacji, a następnie czasy PRL-u. Po roku 1989, po paroletniej euforii, że już nikt, nigdy nie będzie podważał niezależności sądownictwa, a niezawisłość sędziowska stała się „świętością”, odwrót nastąpił już w 2001 r., kiedy pozbawiono sędziów autonomicznego wyboru prezesów. Dalej to było już tylko gorzej. To doprawdy cud i determinacja sędziów, że mimo wszystko i wbrew wszystkiemu system funkcjonuję. Oczywiście wymaga reform, a nie demagogii.

Ze względu na wspomniane mutacje, które w gruncie rzeczy kontynentalny system sądownictwa doprowadziły u nas do karykaturalnego stanu, odwoływanie się do doświadczeń niemieckich, francuskich, hiszpańskich jest nieporozumieniem. Paradoksalnie, owa karykatura może być siłą sprawczą przyszłej reformy, jeśli uświadomimy sobie, że system, w którym funkcjonujemy jest zapożyczony i wynaturzony. Wymusza to potrzebę poszukiwania nowych rozwiązań, opartych nie na obcej tradycji, ale na zdrowym rozsądku przy wykorzystaniu postępu nauki, jak choćby teorii zarządzania. O tym, że jest to możliwe, wskazuje system Holenderski - też kontynentalny, ale już bez dziedzictwa monarchii absolutnej.

Wszyscy mówią, że ustawa nowelizująca Prawo o ustroju sądów powszechnych jest zamachem na niezależność sądownictwa.

Wszyscy nie mają racji. Trzeba odróżnić jedną ustawę od drugiej. Oczywiście, że w systemowej skali mamy do czynienia z zamachem na niezależność sądownictwa. Kryzys konstytucyjny jest ciągle otwarty. Do tego dochodzi nowy front walki o Sąd Najwyższy, ale my rozmawiamy wyłącznie o nowelizacji sądów powszechnych. O Trybunale już rozmawialiśmy, a o SN przyjdzie czas. Bez podziału materii do rozważań zawsze będziemy tkwili w sferze ogólników. Z tego powodu, wszystkie opiniodawcze ośrodki - od lewego do prawego - sporządzają jednobrzmiące opinie, z których wybijają tylko emocje i zaklinanie rzeczywistości, jak to było dobrze, a jak teraz będzie źle. Z faktu demolowania najwyższych instancji sądowych, nie wynika demontaż sądów powszechnych. Opinie muszą uwzględniać specyfikę różnych szczebli organizacyjnych. Razi w nich brak elementarnego porównania stanu obecnego z zakładanym po tzw. reformie oraz niezdolność przewidywania skutków nowelizacji w zakresie zmiany stuletniej mutacji systemu. Zamiast negacji dla samej zasady, lepiej przedstawiać merytoryczną alternatywę! Skutkiem zaniedbań naprawczych w sądownictwie jest walec, który „przyszedł i wyrównał”. Słowo „zaniedbania” wskazuje, że w tym „walcowaniu” nie wszystko jest czarno białe. Jeśli nie dostrzeżemy szarości kolorów nie zdołamy powstrzymać walca. Do tego, powtarzam jeszcze raz z naciskiem, jest potrzebna ALTERNATYWA.

Opozycja podnosi, że zmiany w sądach powszechnych są polityczne.

Pytam, które takie nie były? Jeśli od lat nie ma merytoryki w dyskursie publicznym rodzą się demony i upiory polityczne po jednej i drugiej stronie. Przestrzeń publiczną i zapotrzebowanie na reformę wymiaru sprawiedliwości trzeba czymś wypełnić. Jak się nie ma czym, to „leje się wodę na młyn”. Tą „wodą” jest społeczna potrzeba postawienia sędziów na baczność. W staniu na baczność i to przed Suwerenem, nie ma niczego złego, byleby nie na rozprawie i w ogóle podczas sprawowania urzędu! Naiwnością w tej sytuacji jest odwoływanie się do obywateli. To nie oni mają bronić niezależności. Nikt poza sędziami tego nie zrobi.

Jeśli nie z zamachem, to z czym mamy do czynienia?

Zamach to coś nieodwracalnego w skutkach, albo coś trudnego do przezwyciężenia na wiele, wiele lat. W projekcie reformy sądownictwa nie dostrzegam niczego, co sparaliżuje sądy na wiele lat - tak jak Trybunał Konstytucyjny. Bez znaczenia jest zamiana na stanowisku prezesa sądu Nowaka na Kowalskiego, takiego samego sędziego, jak jego poprzednik i tak samo jak on kompetencyjnie ubezwłasnowolnionego. Podobnie jest ze zmianami zasad powierzania funkcji sędziego wizytatora, czy przewodniczącego wydziału. Jak długo będziemy chcieli karier funkcyjnych w sądach, tak długo będzie zarzewie konfliktu o podział administracyjnych funkcji i walki o wpływy w „niezależnym” sądownictwie. Można powiedzieć, że im po stronie sędziów emocje większe, tym niezależność sądów i samych sędziów staje się wątpliwsza.

A „naciski, naciski” nie są zagrożeniem?

Kiedy ich nie było? Kto był na nie podatny, będzie nadal, a kto nie, to nie. Minister Sprawiedliwości jak wybierał, tak i wybierać będzie prezesów tylko w innej skróconej i bez złudzeń wersji. Czy można to powstrzymać? Oczywiście, że tak. Wspominałem o tym w poprzedniej rozmowie. Wystarczy, aby sędziowie uznali zasadę, że przyjęcie propozycji awansu lub nominacji - pochodzącej z nieakceptowanego politycznego nadania – będzie uzależnione od aprobaty nieformalnie zwołanego zebrania sędziów w danym sądzie. Będziemy mieć wówczas i demokrację, i niezależność, i samorządność, i niezakłóconą ciągłość funkcjonowania sądu. Systemowo rzecz biorąc, to nie minister korzysta z przymiotu nieskazitelnego charakteru, ale sędziowie. Jeżeli ktoś mówi, że niezależność sądów i niezawisłość sędziowska, jest zagrożona, to w gruncie rzeczy nie ufa sędziom. I to jest zasadniczy problem.

Nie jest sztuką być sędzią w stabilnych i przewidywalnych czasach.

Przykład z Trybunałem Konstytucyjnym wskazuje, że politycy, jak chcą, mogą wszystko. Chcieli rozdzielenia funkcji Ministra Sprawiedliwości od Prokuratora Generalnego, to rozdzielili. Wymyślili powrotne połączenia, to połączyli. Nie podobał się skład TK, to go zmienili, tak samo jak zmienią skład Krajowej Rady Sądownictwa. Uznali, że 79 sądów jest zbędnych, to je znieśli, a kiedy doszli do przeciwnego wniosku – przywrócili. Przykłady te pokazują, że jak zechcą, to i wymienią skład Sądu Najwyższego. Projekt został w tej sprawie już złożony w Sejmie. Taki sam, chwiejny los spotka forsowane dzisiaj zmiany w sądownictwie powszechnym. W tych warunkach odwoływanie się do niezależności sądownictwa jest intelektualną mrzonką., co nie znaczy, że taka też pozostaje niezawisłość sędziowska. W czasie wojny, bez problemu mogę sobie wyobrazić niezawisłość sędziego bez niezależności sądów, jako systemu. Porażkę odnotuję dopiero wówczas, gdy w ślad za uzależnieniem sądów pójdzie zawisłość sędziów. Czas wydorośleć, aby nie powiedzieć wprost zmądrzeć i się przeciwstawić. Jak pokazuje propozycja nieformalnych zebrań aprobacyjnych, można to zrobić, ale trzeba działać, zaradzać, a nie krzyczeć, że nas biją i nami poniewierają. Będą tak robić dopóty, dopóki środowisko sędziowskie na to będzie pozwalało.

Przywołane powyżej przykłady politycznej omnipotencji pokazują wyraźnie, że centralne i naczelne organy sądowe w starciu z polityką nie mają szans. Arytmetyka sejmowa jest bezlitosna. Projekt nowelizacji Prawa o ustroju sądów powszechnych pokazuje, że w odniesieniu do sądów powszechnych omnipotencja polityczna nie ma zastosowania. Politycy pewnie by chcieli mieć wpływ nie tylko na organizację, ale i na orzekanie, ale coś ich powstrzymuje. Może to być niemoc, strach, brak pomysłu. Niezależnie od przyczyny, w tym tkwi szansa, ponieważ w totalnej, demagogicznej reformie jest słabe ogniwo – sądy powszechne, których nie zdołano w proponowanych zmianach istotnie zmienić. Reforma sądów powszechnych wpisuje się w ciąg reform bez reform. Mamy więc przyczółek do skutecznego oporu i późniejszej modernizacji systemu. Musimy być cierpliwi, zdyscyplinowani, konsekwentni, zorganizowani i MERYTORYCZNI.

…?

Paradoksalnie sędziowie sądów powszechnych, a w szczególności sędziowie sądów powszechnych, na których zawsze sądowi notable patrzyli z manią wyższości, stoją przed koniecznością uratowania wymiaru sprawiedliwości od wymiaru w stylu sejmowych komisji śledczych, bez domniemania niewinności, szacunku i godności, praw procesowych uczestników postępowań sądowych. Komisje te odsłaniają polityczną wizję wymiaru sprawiedliwości, której należy się przeciwstawić wszelkimi możliwymi sposobami. Środkiem do tego nie są z pewnością nadzwyczajne kongresy i wygłaszanie elaboratów na temat wyższości stanu sędziowskiego nad innymi. Do kogo są one adresowane? Do Suwerena, którego wizja wymiaru sprawiedliwości jest zbieżna z polityczną. Do polityków? Bez Trybunału Konstytucyjnego, Krajowej Rady Sądownictwa, a w najbliższych miesiącach i być może i bez Sądu Najwyższego, tylko sędziowie sądów powszechnych mogą powstrzymać polityczne zapędy całkowitego podporządkowania sądownictwa. Środkiem jest nieskrępowana wola i wolność wyboru. Wymiana kadr polega na zastępowaniu jednych innymi. To można powstrzymać bez problemu. Trzeba tylko chcieć się przeciwstawić ingerencji politycznej! Drugim potężnym orężem jest rozproszona kontrola konstytucyjności.

Sędziowie sami wołają, że ich niezależność i niezawisłość jest zagrożona?

Środowisko sędziowskie wpisuje się idealnie w niemerytoryczne narracje polityczne. Czy my się boimy ministra, czy siebie, a może swoich kolegów sędziów? Czy zamachem jest delegacja sędziów do MSZ albo do kancelarii Prezydenta? Podstaw funkcjonowania sądownictwa nie zburzy również awansowanie sędziego rejonowego do sądu apelacyjnego. Dzisiaj może awansować do Sądu Najwyższego i Trybunału Konstytucyjnego. Powie ktoś, że teoretycznie. Odpowiadam, tak samo teoretycznie będzie powoływany do sądu apelacyjnego. Jak długo nie dostrzeżemy karykatury oceniania sędziego przez innego sędziego, choćby wizytatora, tak długo stosunki w sądzie będą przypominały kindersztubę. Projekt znosi system oceny pracy i planowania rozwoju zawodowego sędziego przy takim samym poziomie protestów, jaki towarzyszył wprowadzeniu go w życie. Te same argumenty, choć decyzje polityczne diametralnie odmienne. Czemu to ma służyć? Dlaczego ludzie niezwiązani zupełnie z polityką, mówią i zachowują się dokładnie tak samo, jak politycy. W przestrzeni publicznej musi być miejsce na merytoryczne oceny i dyskusje. Inaczej wszystko przybiera tabloidalny charakter i styl.

Czy nieodwracalnym zamachem jest rozszerzenie wytyku na sędziów funkcyjnych albo możliwość obniżenia dodatku funkcyjnego? Może więc warto zlikwidować dodatki, albo radykalnie je ograniczyć, by politycy nie dzielili i sączyli zaszczytami, które nie mają nic wspólnego z karierą sędziego. Czy uregulowanie kwestii przenoszenia sędziów z jednego wydziału do drugiego jest gorsze od braku regulacji?

Generalnie rzecz biorąc, projekt, przy przyjętych środkach nie nadaje się do osiągnięcia zamierzonych celów. Nie da się zrealizować postulatu równomiernego obciążenia pracą sędziów, jeśli zwiększa się ilość stanowisk funkcyjnych. Już dzisiaj, co 2 sędzia jest „dyrektorem”, „kierownikiem” i „nadzorcą”. Celu tego nie osiągnie się bez zmiany patologicznej struktury sądownictwa, której skutkiem powinno być radykalne ograniczenie stanowisk funkcyjnych, a więc i potencjalnego źródła uzależniania sądownictwa od polityki poprzez dzielenie i sączenie zaszczytami.

Fiaskiem musi się także skończyć próba zapewnienia sądom właściwych warunków administracyjnych. Dodanie do kontroli sekretariatów i orzecznictwa corocznych sprawozdań prezesów, nie usprawni działalności sądów. Do tego są potrzebne instrumenty zarządcze, a nie papierologia stosowana.

O fasadowości losowego przydziału spraw pisałem w Diagnozach i prognozach o sądach właściwych.

Inne kwestie w projekcie zmian są już tak marginalne albo w ogóle nie mają nic wspólnego z reformą sądownictwa, że nie warto nawet o nich wspominać.


Z sędzią Jackiem Ignaczewskim
Rozmawiał Tomasz Bagniewski

Data publikacji: 2017-07-14
Strona wykorzystuje pliki cookies. Możesz zablokować cookies zmieniając ustawienia w Twojej przeglądarce. Przeczytaj więcej o cookies lub ukryj ten komunikat x