sędzia Mgłosiek: Weźmy prawa poważnie

sędzia Mgłosiek: Weźmy prawa poważnie

Sukcesem władzy wykonawczej - w obu jej odsłonach, tj. rządowej i prezydenckiej - jest zaszczepienie przekonania, że prace nad projektami ustaw o SN i KRS stanowią reformę wymiaru sprawiedliwości

Czy możemy dzisiaj mówić o tym, że reforma wymiaru sprawiedliwości przybrała w końcu konkretny wymiar ?

 Jeden z najwybitniejszych polskich poetów Zbigniew Herbert zwykł mawiać, że studia prawnicze nauczyły go dbałości o precyzję wypowiedzi. A to przydało mu się w jego drodze poetyckiej, bowiem poezja, wbrew obiegowym opiniom, wymaga dyscypliny znaczeniowej w używanych zwrotach. Uważam, że niewątpliwym sukcesem władzy wykonawczej - w obu jej odsłonach tj. rządowej i prezydenckiej - było zaszczepienie w prowadzonym dyskursie publicznym przekonania, że trwające prace w zakresie projektów nowych ustaw o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa stanowią reformę wymiaru sprawiedliwości. Tymczasem prowadzone od kilku miesięcy głośne prace legislacyjne, dotyczą w istocie zaledwie niewielkiego wycinka sądowego wymiaru sprawiedliwości.

Niewielkiego, ale chyba dość istotnego ?

 Oczywiście. Zarówno SN jak i KRS pełnią doniosłą rolę w systemie sądowniczym. Niezaprzeczalnie. Tyle tylko, że szeroko zakrojone zmiany w strukturze organizacyjnej obu ciał i w sposobie ich działania, będą miały stosunkowo niewielkie przełożenie na losy sprawy przysłowiowego Kowalskiego, która zawisła w sądzie rejonowym bądź okręgowym. Weźmy przykładowo zagadnienie, które podgrzewa dzisiaj wręcz niebotycznie temperaturę dyskusji, dotyczące modelu sędziowskiego postępowania dyscyplinarnego. Czy istotnie było ono tak dysfunkcyjne by fundować mu radykalną zmianę ? I czynić przy tym forpocztą reformy ? Jakie to ma przełożenie na szybkość i jakość rozpoznawania spraw w sądach ? Czy kwestia zmiany sposobu wyłaniania członków KRS, a więc ciała decydującego o przedstawieniu Prezydentowi kandydatów do nominacji i awansów sędziowskich, znacząco wpływa na skuteczność działania sądowego wymiaru sprawiedliwości ?  Odnoszę zatem wrażenie, że czynniki decyzyjne dość łatwo uniknęły prawdziwej dyskusji o sposobie naprawy systemu, kierując uwagę opinii publicznej na kwestie ujmę to delikatnie, nie najważniejsze na drodze do jego uzdrowienia.

 Ale od czegoś trzeba zacząć. Tym bardziej, że do zrobienia jest sporo ?

 Jeśli przyjmiemy taką optykę, to oczywiście w ostatecznym rachunku wysiłek legislatorów w jakimś stopniu nie pójdzie na marne. Będziemy przynajmniej wiedzieć czego unikać na przyszłość. Ale ja z uporem będę wracał, do pytania: jak proponowane rozwiązania w SN i KRS wpłyną na proces Kowalskiego np. o zapłatę od kontrahenta zaległych faktur. Przyłączam się do stawianych tez, że od dwóch lat z Ministerstwa Sprawiedliwości, nie wyszedł żaden projekt ustawy, który miałby znaczący wpływ na bieg spraw w sądach.

To chyba jednak przesada

Co prawda pojawiły się jakieś mgliste zapowiedzi zmian w kodeksie postępowania cywilnego dotyczące wprowadzenia możliwości odrzucenia pozwu w oparciu o koncepcję „nadużycia prawa procesowego”, co ma stanowić skuteczną tamę przeciwko pieniaczom, a może się skończyć nadużyciem w walce z nadużyciem prawa procesowego. Jednak owe zapowiedzi nie przyjęły, jak na razie, formy konkretnych projektów. W obszarze prawa karnego w 2016 r., do dzisiaj obserwujemy wprowadzający niemały chaos na salach rozpraw, odwrót reformy procesu kontradyktoryjnego. Po roku obowiązywania odpowiednich przepisów w kodeksie postępowania karnego, po prostu je uchylono bez zbadania następstw jakie ze sobą niosło ich obowiązywanie. Reformie procesu karnego w omawianym zakresie, dorobiono łatkę „reformy dla bogatych”. Zmieniono w sposób zasadniczy konstrukcję przestępstwa niealimentacji, fundując sekcjom wykonawczym wydziałów karnych nerwowe chwile, odnośnie rozważenia w każdej sprawie, w której zapadł wyrok za czyn z art 209 § 1 kk, konieczności zwolnienia skazanych z zakładów karnych, wobec częściowej depenalizacji tegoż występku, z czego Ministerstwo Sprawiedliwości nie zdawało sobie do końca sprawy. A w ostatnim czasie ministerialny projektodawca proponuje radykalną przebudowę konstrukcji przekroczenia granic obrony koniecznej, co sądząc po ukazujących się już komentarzach znawców przedmiotu, również wprowadzi spory chaos orzeczniczy z powodu użytych zwrotów niedookreślonych. Tyle, jeśli chodzi o zmiany w zakresie prawa materialnego i procesowego, stanowiących przecież warsztat pracy sędziego w ciągu ostatnich dwóch lat.

Rządzący twierdzą, że wpierw należy dokonać zmian personalnych by móc wprowadzać kolejne elementy reformy ?

Szczerze mówiąc nie widzę związku. To znaczy widzę pewną koincydencję ale nieco innej natury. W codziennej pracy sędziego istnieje znacząco mało obszarów, na które bezpośredni wpływ miałby przewodniczący wydziału bądź prezes sądu. Z całą pewnością wolna od takich wpływów jest sfera orzecznicza. Otóż osoby funkcyjne nie mają żadnego wpływu na kierunek zapadających rozstrzygnięć. Formalnie nie ma żadnego instrumentu w ustawie o ustrojów sądów powszechnych bądź Regulaminie wewnętrznego urzędowania sądów powszechnych, który dawałby osobie przewodniczącego wydziału bądź prezesa sądu, możliwość ingerowania w treść orzeczenia. Inną kwestią pozostaje materia sprawności postępowania. Tutaj w ramach wykonywanego nadzoru sędziowie funkcyjni mogą  realizować przyznane im dominium np. poprzez nakazanie sędziemu zwiększenia obłożenia wokandy sprawami w ramach zarządzeń nadzorczych, oczywiście w uzasadnionych przypadkach. Taką sytuację mamy na dzisiaj. Nie uważam siebie za osobę wyposażoną w zdolności profetyczne, ale intuicyjnie wyczuwam, że w następnym kroku dzisiejszych zapędów „reformatorskich”, po właśnie dokonywanych zmianach personalnych, nastąpi znaczące rozszerzenie elementów władztwa prezesów sądów i przewodniczących wydziałów nad sędziami. Mogę nawet pokusić się o próbę przewidzenia zastosowanej w tym zakresie argumentacji.

Proszę spróbować.

Jakże często słyszymy od kolejnych Ministrów Sprawiedliwości i to bez względu na orientację polityczną, że ponoszą oni odpowiedzialność polityczną za kierowanie resortem sprawiedliwości, nie mając żadnych skutecznych ku temu narzędzi. Ten rodzaj argumentacji został użyty w procesie ponownego połączenia urzędu Prokuratora Generalnego z Ministrem Sprawiedliwości. Uważam, że doświadczenie zdobyte w podporządkowaniu sobie prokuratury zostanie spożytkowane na obszarze sądowego wymiaru sprawiedliwości. W ten właśnie sposób ingerowanie w sferę niezawisłości sędziowskiej będzie racjonalizowane koniecznością wyposażenia Ministra Sprawiedliwości i powoływanych przez niego prezesów sądów w instrumenty zapewniające im skuteczne zarządzanie wymiarem sprawiedliwości. Czyż w tym kontekście niedawna wypowiedź jednego z wiceministrów uzasadniającego w Sejmie pakiet ostatnich głośnych zmian w ustawie O ustroju sądów powszechnych o tym, że w zarządzaniu nie ma miejsca na demokrację, nie brzmi znamiennie ?

Może jednak jest coś w tym, że wpływ Ministra Sprawiedliwości na sądy jest zbyt mały by zapewnić mu faktycznie i sprawne kierowanie nimi ?

Nie podzielam tej opinii. Ale nawet jeśli by tak było to wpierw należałoby zmienić ustawę zasadniczą np. art 10 ust. 1, w którym sformułowana została naczelna zasada systemowa w postaci trójpodziału władzy. Ale jak pokazują wypadki ostatnich miesięcy Konstytucją władza wykonawcza i ustawodawcza raczej się nie przejmują, traktując ją jako za ciasny gorset. Szkopuł w tym, że ustawa zasadnicza ma właśnie pełnić rolę hamującą zapędy konstytucyjnych władz. Zresztą już dzisiaj wpływ na działanie sądów Minister Sprawiedliwości ma niemały w ramach t.zw. nadzoru nad administracyjną stroną ich działalności. Problem w tym, że ustawodawca przewidując  nadzór administracyjny nad sądami, nie wytyczył jego granic, a Trybunał Konstytucyjny uznał taką sytuację za zgodną z Konstytucją stwierdzając, że każdorazowo owe granice w sprawowaniu ministerialnego nadzoru administracyjnego nad sądami, wytyczać ma orzecznictwo właśnie TK bądź NSA.

To kto ów administracyjny nadzór nad sądami ma pełnić ?

W wielu krajach Europy jest to prezes Sądu Najwyższego. W Polsce nie tak dawno również toczyła się dyskusja na ten temat. Jednak dzisiaj z uwagi na niezbyt stabilną pozycję I Prezes SN, stała się ona bezprzedmiotowa. Oczywiście koncepcja o nadzorze administracyjnym sprawowanym przez Ministra Sprawiedliwości jest również do zaakceptowania, ale tylko w przypadku najmożliwiej precyzyjnego wytyczenia granic tegoż nadzoru i ich obrony przez w pełni niezależny TK, SN i NSA.

Jeśli procedowane aktualnie w Sejmie nowe ustawy o SN i KRS nie można uznać za przejaw kompleksowej reformy sądownictwa, to jak ona powinna wyglądać ?

Spróbuję odpowiedzieć w ten sposób. Jestem sędzią orzekającym w sprawach karnych od dekady. Nie jest to może imponujące doświadczenie, ale wystarczające by poczynić pewne obserwacje natury ogólnej. Nie zmieniłem miejsca służbowego co daje mi możliwość porównania sytuacji z przed dziesięciu lat z tą obecną w tym samym sądzie. Uważam, że mimo kolejnych zmieniających się Ministrów Sprawiedliwości, rządów i większości sejmowych, reforma procesu karnego konsekwentnie zmierzająca ku formie koncyliacyjnego zakończenia sporu prawnokarnego, przyniosła rezultaty. Nie wchodząc w szczegóły, powiem o modyfikowanych wielokrotnie na przestrzeni wielu lat instytucjach wydania wyroku bez przeprowadzenia rozprawy, wydania wyroku bez przeprowadzenia postępowania dowodowego, czy dobrowolnego poddania się odpowiedzialności w ramach procedury karnoskarbowej.

Rozwiązania te okazały się wystarczające ?

Wrocław jest dużym miastem z kilkoma sądami rejonowymi. Z moich obserwacji wynika, że średni czas liczony od dnia popełnienia czynu zabronionego do wydania wyroku w I instancji nie przekracza w co najmniej połowie wpływających do wydziałów karnych sprawach 4-6 miesięcy. Uważam, że jest to przyzwoity wynik. Proszę zważyć, że nie mam tutaj na myśli czasu trwania procesu, tylko czas-okres liczony od dnia zaistnienia zdarzenia. Niewątpliwie wydatnie przyczyniły się do tego konsekwentnie rozwijane tryby konsensualne. Oczywiście, jest niemała liczba spraw o złożonej konfiguracji podmiotowej i obszernym materiale dowodowym, które muszą trwać znacznie dłużej. Szczególnie, gdy się zważy na przyjęty w polskim procesie karnym model powielania przez sąd w toku przewodu sądowego czynności dokonywanych w śledztwie. Czym innym jest oczywiście swoista plaga uchyleń wyroków do ponownego rozpoznania, która częstokroć słusznie bulwersuje opinię publiczną. Niestety w procedurze karnej inaczej niż w cywilnej z uchyleniami wyroków i przekazaniem sprawy sądowi I instancji do ponownego rozpoznania mamy do czynienia dalece częściej. Problem tkwi w zbyt szeroko określonych możliwościach  wydawania orzeczeń kasatoryjnych przez sądy II instancji. Ale i na tym obszarze w ostatnim czasie wprowadzono sporo zmian idących w dobrym kierunku. Chodzi mi tutaj np. o art 437 § 2 kpk, art 455a kpk, nakładających na składy odwoławcze obowiązek orzekania reformatoryjnego poprzez zmiany wyroków, a nie ich uchylanie, nawet jeśli wymagałoby to uzupełnienia przewodu sądowego w toku rozprawy apelacyjnej. To wszystko dotyczy oczywiście wyłącznie spraw karnych, które mają istotnie odmienną specyfikę od spraw cywilnych, rodzinnych czy gospodarczych. Chodzi mi tylko o pokazanie pewnego skutecznego trendu zmian polegającego na dążeniu do polubownego zakończenia sporu sądowego, a jedną z jego form może być np. mediacja. Choć instytucja ta ma średnią efektywność w sprawach cywilnych czy gospodarczych, gdzie postawy i żądania stron są dość usztywnione bowiem dotyczą najczęściej wartości materialnych. Z całą pewnością największą szansę na poprawę efektywności w rozpoznawaniu spraw z zakresu szeroko pojętego prawa prywatnego, daje ograniczenie kognicji sądów. Nie ma innej alternatywy. Po prostu należy określone kategorię spraw wyprowadzić z drogi sądowej w kierunku instytucji arbitrażowych. Niestety aktualnie obrany przez czynniki decyzyjne trend jest odmienny.

To znaczy ?

 Zamiast wyprowadzać niektóre kategorię spraw z sądów, nieustannie poszerza się ich zakres właściwości funkcjonalnej. Dobrą ilustracją tego zjawiska i to niemal z ostatniej chwili, jest głośno komentowany projekt nowelizacji ustawy z dnia 18 lipca 2001 r. O świadczeniu usług drogą elektroniczną. Otóż podając rzecz w uproszczeniu, proponuje się, by spory na temat niewłaściwych treści zamieszczanych jako komentarze pod tekstami udostępnianymi w internecie oraz decyzje o ich usunięciu bądź zablokowaniu konta użytkownika, ostatecznie podejmował nie właściciel bądź administrator strony internetowej, ale właśnie sąd. Co więcej przewiduje się w tym zakresie znany sądom karnym tryb 24-godzinny na rozpoznanie odwołania od decyzji o usunięciu wpisu. Jeśli projekt nowelizacji w takim kształcie, stanie się prawem obowiązującym, będzie to oznaczało skokowy wzrost wpływających do sądów spraw, ponieważ zjawisko sporów co do treści wpisów i komentarzy internetowych jest dość powszechne. Podobnie należy ocenić propozycję wprowadzenia do systemu prawnego t.zw. skargi nadzwyczajnej, którą uprawnione podmioty będą mogły wnieść do stworzonej w tym celu nowej Izby SN w ciągu pięciu lat od uprawomocnienia się orzeczenia bądź rozpoznania kasacji w sprawie.  Żaden system sądowniczy, nawet ten najbardziej wydajny, nie udźwignie wciąż zwiększanych  w postępie geometrycznym obciążeń ilościowych. I właśnie od tych rzeczywistych problemów, z którymi zmagają się sądy uwaga społeczna jest odwracana i kierowana na rzekome patologie stanu sędziowskiego.

Przecież dość często słyszy się o incydentach różnego rodzaju z udziałem sędziów.

Owszem incydenty związane również z naruszeniem obowiązującego prawa, zdarzają się sędziom tak jak politykom czy przedstawicielom innych grup zawodowych. Różnica jednak jest jedna i rzekłbym zasadnicza. O ekscesach polityków nie robi się spotów filmowych i  nie informuje na bilbordach.

Jest jednak coś dysfunkcyjnego w tym, że sprawy kolegów po fachu rozpoznają inni koledzy ?

Odpowiem pytaniem na pytanie. A kto rozpoznaje wnioski o uchylenie immunitetów poselskich? Wystarczy arytmetyczna większość w składzie komisji etyki poselskiej, by polityk nie odpowiadał na ekscesy na sali plenarnej i nie tylko. Ale wracając do tematu. Po pierwsze to, że sędzia zasiadający w składzie sądu dyscyplinarnego oraz obwiniony o delikt dyscyplinarny, wykonują ten sam zawód jeszcze nie znaczy, że pozostają w dobrej komitywie. Proszę mi wierzyć często jest zgoła odmiennie. Po wtóre, gdyby iść tym tokiem rozumowania dojdziemy do przekonania, że sędziowie nie mają prawa występować na drogę sądową w jakiejkolwiek sprawie, bo przecież ich sprawy np. o dochodzenie roszczeń z gwarancji za zakupiony samochód, będzie rozpoznawać też sędzia. Przedstawiciele korpusu sędziowskiego i tak mają, rzekłbym dość utrudniony realny dostęp do sądu. Proszę zważyć, że częstokroć nim w sprawie, w której sędzia jest stroną, zostanie wyznaczony pierwszy termin rozprawy, mijają miesiące w czasie, których inni sędziowie składają wnioski o ich wyłączenie od rozpoznania sprawy danego sędziego, by uniknąć omawianej dwuznaczności sytuacji. A przecież bywają sprawy, w których istotna jest właśnie szybkość jej rozpoznania z uwagi na charakter dochodzonych roszczeń. Dość często kończy się na tym, że sędzia w sprawie, w której jest stroną jeździ na kolejne terminy rozprawy do odległego o kilkadziesiąt kilometrów sądu. Ale oczywiście o tym się nie mówi w przestrzeni publicznej, ponieważ lepiej sprzedają się tezy o uprzywilejowanych sędziach kradnących kiełbasę. Ja żadnego uprzywilejowania z uwagi na wykonywany zawód nie widzę i nigdy go nie doświadczyłem.

 A czy nie warto dać szansy aktualnemu składowi Ministerstwa Sprawiedliwości i oceniać ewentualne dokonania po owocach ?

 Strawestuję tytuł słynnej książki niedawno zmarłego wybitnego teoretyka prawa, twórcy szkoły realizmu amerykańskiego Ronalda Dworkina, tak więc: „weźmy prawa poważnie”. Aktualne dokonania na polu legislatywy inicjowane przez Ministerstwo Sprawiedliwości nie napawają optymizmem. Po rozwiązaniu Komisji Kodyfikacyjnej nie widać w budynkach przy Alejach Ujazdowskich potencjału intelektualnego, który byłby w stanie unieść ciężar systemowych zmian sądowego wymiaru sprawiedliwości na właściwym ku temu obszarze prawa materialnego i procesowego. I to chyba jest najbardziej dramatyczne. Delegowani do resortu sprawiedliwości sędziowie dość gładko weszli w buty polityków, wygłaszając cytowaną już frazę, iż w zarządzaniu nie ma miejsca na demokrację. Z tego dobrej reformy z pewnością nie będzie. Ale jako człowiek wychowany w duchu szkoły stoickiej ufam, że aktualne perturbacje dotyczące bezpardonowego ataku na zasadę demokratycznego państwa prawnego i regułę praworządności, stanowią tzw. chorobę wieku dziecięcego młodej demokracji. Obyśmy tylko wyciągnęli prawidłowe wnioski z tych doświadczeń i przekuli je w niedalekiej przyszłości, na konkretne rozwiązania sanujące niewątpliwie wyrządzane dziś szkody.

 

z sędzią Piotrem Mgłosiek
rozmawiał Tomasz Bagniewski

Data publikacji: 2017-10-02