Wiedzieć, chcieć, umieć

Bierność, oportunizm i zachowawczość po stronie odpowiedzialnych za stosowanie prawa to zjawisko niebezpieczne. Jak pisał Timothy David Snyder w „Dwudziestu przykazaniach wolnych ludzi”, trudno złamać państwo prawa bez wysługiwania się prawnikami.

Przed niemal trzydziestu laty, dzięki doświadczeniu pierwszej Solidarności, ale także dzięki korzystnemu historycznemu zbiegowi okoliczności, pożegnaliśmy się z realnym socjalizmem. Przymiotnik „realny” w tym zestawieniu nie był komplementem. Jednocześnie, choć oczywiście proces ten był rozłożony w czasie, pożegnaliśmy model prawa będącego nośnikiem jednej aksjologii. W modelu tym nie budziło wątpliwości, że jest dziełem jednego centrum decyzyjnego i że centrum to zachowuje pełną kontrolę nad organami monopolizującymi stosowanie prawa i jego interpretację. Takie, silnie zideologizowane prawo z założenia (pomijając sferę deklaratywną) rezygnowało z akceptacji szerokich kręgów społecznych, uznając za naturalne odwołanie się w określonych sytuacjach do przymusu jako środka zapewniającego jego poszanowanie. Nie owijając w bawełnę, teoria marksistowska ujmowała prawo jako zabezpieczoną sankcją przymusu, urzeczywistnioną wolę klasy panującej. Spór nie dotyczył istoty definicji ale jej ukrytych znaczeń, w szczególności niekwestionowanego chyba u schyłku realnego socjalizmu twierdzenia, że pod pojęciem klasy panującej rozumieć należy już tylko monopartyjno-państwową biurokrację (wówczas nazywano ją nomenklaturą). W wysokim stopniu zideologizowany system prawa, wraz z erozją samej ideologii tracił jednak zdolność oddziaływania wobec nie poddających się jej grup społecznych. Tym samym nie zapewniał społecznej akceptacji prawa oraz oczekiwanego minimum legitymizacji w coraz bardziej zróżnicowanym społeczeństwie.

Po roku 1989 przyjęliśmy, że rolą prawa w społeczeństwie pluralistycznym powinno być zapewnienie w miarę bezkonfliktowego współistnienia i partycypacji różnych grup, znamiennych także odrębnościami systemów aksjologii. Jeszcze do niedawna, z powodzeniem tworzyliśmy właśnie taki, multicentryczny porządek prawny. Charakteryzuje się on wielością ośrodków wpływających na proces stanowienia, stosowania i interpretacji prawa, tak w kontekście krajowym (dwuizbowa legislatura, sądownictwo konstytucyjne, sądownictwo powszechne) jak i zewnętrznym (stosowane w wewnętrznym porządku prawnym prawo międzynarodowe, kompetencje instytucji unijnych, Europejski Trybunał Praw Człowieka, Europejski Trybunał Sprawiedliwości). W porządku takim prawo powstaje jako wyraz kompromisu, w drodze partycypacji, dialogu i uzgodnień. Z założenia musi poszukiwać jak najbardziej szerokiego, wspólnego mianownika aksjologicznego. Nastawione na kompromis i szeroką legitymizację, bardziej niż sam cel regulacji, akcentuje procedury i normy kompetencyjne, dzięki którym cel ma być osiągany.

Taki system prawa nie jest już dziełem zdefiniowanego centrum. Tworząc się w interakcji wielu podmiotów, także zewnętrznych wobec krajowego porządku prawnego, w mniejszym stopniu staje się narzędziem mogącym wspierać jedną ideologicznie zorientowaną aksjologię. Tym, którym w przeszłości i obecnie przeszkadzała łatwość narzucenia prawu funkcji ideologicznej, akceptowali multicentryczny sposób budowy porządku prawnego. Ci, którzy uważali za słuszne i liczyli na zaangażowanie prawa po stronie własnego systemu wartości, wyznawanej moralności czy ideologii, model ten odrzucali, piętnując jego moralny relatywizm i imposybilizm prawny. Dzisiaj, realizując możliwości wynikające z werdyktu wyborczego konsekwentnie demontują kolejne elementy stworzonego po roku 1989 porządku prawnego. Powołują się przy tym na wolę enigmatycznego suwerena. Złośliwi i obdarzeni pamięcią historyczną oponenci skłonni są jednak widzieć pod tym przykryciem inną odsłonę monopartyjno-państwowej biurokracji. 

W tej destrukcyjnej tendencji dostrzegam (być może pochopnie) jeden pozytyw. Jest nim nadzieja, że skoncentrowany atak władzy ustawodawczej i wykonawczej na wymiar sprawiedliwości spowoduje coś więcej, niż tylko socjologicznie zrozumiałe zwarcie szeregów w obronie zagrożonych środowiskowych przywilejów. Nadzieja, że atak ten wyzwoli też spóźnioną i wykraczającą ponad jednostkowe przypadki refleksję ludzi zaangażowanych zawodowo w wymiar sprawiedliwości (sędziów, oskarżycieli, obrońców, pełnomocników), na temat tego, że istota i cel istnienia wymiaru sprawiedliwości w społeczeństwie otwartym to nie służebność wobec aparatu państwowego i nie rozstrzyganie sporów w oparciu o bezkrytycznie stosowane prawo pozytywne, ale przede wszystkim kontrola zgodności z prawem działań władzy i tym samym ochrona praw obywateli przed zagrożeniem ze strony państwa. Ostatecznie przecież instytucjonalne gwarancje niezawisłości sędziowskiej wymyślono nie po to, by chronić sędziów przed gniewem społecznym, ale przed gniewem rządzących.

Byłoby istotnie paradoksem i rechotem historii, przeciwko któremu nic nie mam, gdyby w wyniku rozpętania tej wojny doszło wreszcie do przewartościowania postaw i odrzucenia przez środowiska prawnicze balastu zwulgaryzowanego prawniczego pozytywizmu. Rzeczywisty, choć oczywiście uogólniony, stan wymiaru sprawiedliwości jest dzisiaj taki, że ani Konstytucja ani prawa człowieka, ani prawo międzynarodowe, w szczególności unijne, nie są materią, którą my - sędziowie, obrońcy, pełnomocnicy - posługujemy się efektywnie w naszej pracy. Dlaczego? Ponieważ nie wyznaczały one dotychczas w praktyce sądów powszechnych granicy legitymacji działania władzy i nie stanowiły  wyznaczników sądowej kontroli. To dlatego nie mamy dzisiaj tradycji bezpośredniego stosowania Konstytucji przez sądy. Dlatego z takim trudem daje się (jeśli się daje) przekonać sądy do wykładni prawa wewnętrznego w kontekście obowiązujących norm prawa międzynarodowego. Dlatego wreszcie funkcja kontrolna sądów powszechnych nie jest dzisiaj ani powszechna ani chętnie widziana, także przez samych sędziów. Wolą zastosować „napisany” przepis prawa, niż odwołać się bezpośrednio do Konstytucji, nieimplementowanej lub implementowanej wadliwie dyrektywy unijnej lub praw człowieka. My - obrońcy i pełnomocnicy - nie chcemy albo nie potrafimy skutecznie do tego przekonywać.

Problemem nie jest to, że rządzący odmawiają sądom powszechnym uprawnienia do kontroli zgodności prawa z Konstytucją, ale to, że sędziowie w dużej części zdają się wierzyć, że kompetencji tej nie mają, niektórzy nawet, że mieć jej nie powinni. Ktoś powie, że to obraz kreślony czarnymi farbami, nie dostrzegający sytuacji, w których system kontroli sądowej się jednak sprawdził. NIe jest tak, że tego nie zauważam. Tyle tylko, że łatwo jest uznawać za miarę sukcesu, choć słuszne, wzięcie w obronę sądową praw i wolności posłanki Beaty Sawickiej bądź innej prominentnej osobistości. Znacznie trudniej - pochylić się nad prawami i wolnościami oraz godnością ludzką Mariusza Trynkiewicza.  

Jakiś czas temu pani profesor Ewa Łętowska sformułowała triadę „wiedzieć-chcieć-umieć”. Dedykowana sędziom, jako oddająca mechanizm powstawania i artykułowania wątpliwości interpretacyjnych w procesie stosowania prawa, wydaje się z powodzeniem podlegać uogólnieniu na zawody prawnicze bezpośrednio związane z funkcjonowaniem wymiaru sprawiedliwości i ich udział w procesie stosowania prawa.

Pierwszy element triady wymaga wrażliwości na zmiany aksjologiczne, powodującej, że dotychczas aprobowana interpretacja prawa prowadzi do nieakceptowanych rozstrzygnięć. Zależy od poziomu naszej kultury prawnej i obywatelskiej wrażliwości, umożliwiających dostrzeżenie w konkretnej sytuacji konieczności rozwiązania dyskomfortu aksjologicznego. Taki dyskomfort trzeba jednak w sobie wyzwolić. 

Drugim elementem jest wola doprowadzenia do zmian. Oczekuje przezwyciężenia charakterystycznego dla prawników i w jakiejś mierze naturalnego oportunizmu.

Trzeci i ostatni element triady to umiejętność przedstawienia nowego sposobu widzenia, nowej propozycji interpretacyjnej, umiejętność wykładni i argumentowania. Także umiejetność „mówienia do ludzi”.

Bierność, oportunizm i zachowawczość po stronie odpowiedzialnych za stosowanie prawa to zjawisko nie mniej niebezpieczne niż złe, zideologizowane prawo i demontaż multicentrycznego porządku prawnego. Jak pisał Timothy David Snyder w „Dwudziestu przykazaniach wolnych ludzi”, trudno złamać państwo prawa bez wysługiwania się prawnikami.

 

O autorze: Radek Baszuk
Radosław Baszuk, ur. 1967. Adwokat, obrońca w procesach karnych. Sędzia adwokackich sądów dyscyplinarnych w latach 2007-2016. Autor publikacji dotyczących procedury karnej oraz odpowiedzialności dyscyplinarnej.

artykuł pochodzi z www.radekbaszuk.pl

Data publikacji: 2018-01-05
Strona wykorzystuje pliki cookies. Możesz zablokować cookies zmieniając ustawienia w Twojej przeglądarce. Przeczytaj więcej o cookies lub ukryj ten komunikat x